środa, 18 maja 2016

2. Vancouver cz.1

Z dedykacją dla Stelli

Adam Małysz prowadzi!!! Dwieście sześćdziesiąt dziewięć i pół... Półtora punktu! Ależ fantastyczne, ależ fantastyczne. Aż nam Itka zaniemówiła. Żebyście ją państwo mogli teraz zobaczyć! Istna kulka szczęścia... Jest medal! Proszę państwa, jest medal!Teraz kto... Kto?... Uhrmann? Czy wytrzyma Uhrmann?
[W. Szaranowicz & inwencja twórcza; 13.02.2010 Vancouver-Whistler]

Michael ruszył, pozostawiając Simona na szczycie rozbiegu zupełnie samego.
Osiem lat i prawie dwa tysiące kilometrów różnicy, a on znalazł się dokładnie w tym samym miejscu co wówczas. Ostatni zawodnik finałowej rundy konkursu olimpijskiego na skoczni normalnej. Jego kropka nad i w boju o pierwsze kanadyjskie Złoto. O trzeci najcenniejszy medal Igrzysk w jego kolekcji. Amerykańskie obiekty chyba przynosiły mu szczęście.
Wsunął się na belkę, myśląc o Janie. O SWOJEJ Janie. Zawsze, wręcz obsesyjnie, starał się oddzielać życie prywatne od sportowej kariery. Owszem, miło było wiedzieć, że tam na dole stoi ktoś – ten najważniejszy ktoś na świecie – kto niemal wyłamuje sobie palce, ściskając kciuki za twoje szczęście. Ta wyjątkowa osoba, która wspiera cię całym sercem i w ramionach której będziesz mógł świętować sukces albo opłakiwać porażkę. Miło... Ale na jego starty nie miało to żadnego wpływu. To była sprawa pomiędzy nim a skocznią. Nim a powietrzem. Nim a jego formą. Miłość do Jany nie miała z tym nic wspólnego.
Dlaczego więc tym razem chciał, aby było inaczej? Co małe, pluszowe pudełeczko w kształcie serca robiło na dnie jego walizki właśnie tutaj, w Whistler, a nie schowane gdzieś w mieszkaniu w Szwajcarii? Czemu postanowił oświadczyć się jej akurat podczas najważniejszej imprezy sezonu, splatając ze sobą dwa szczęścia oraz dwa światy, które dotąd tak uparcie od siebie oddzielał?
Nigdy nie odpowiedział sobie na te pytania.
Odepchnął się mocno i pomknął w dół, stoczyć swoją najukochańszą z walk.
Skoki zawsze były numerem jeden.

Mocno wyszedł z progu... I jest Mistrzem Olimpijskim. Brawo! Simi jest wielki. Adam jest wielki! Schlierenzauer jest wielki. Wielka trójka na podium...
[W. Szaranowicz; 13.02.2010 Vancouver-Whistler]

Igrzyska Olimpijskie. Ameryka Północna. Najwyższy stopień na pudle. I jego ulubiony facet z wąsem zaledwie o kroczek niżej. Jakby ktoś cofnął czas, a on znów był tym szalonym, nieprzewidywalnym dwudziestolatkiem, który zrobił psikusa całemu skocznemu światu i zagarnął całe show dla siebie. Nieważne, że tym razem jego zwycięstwo nie było już żadną sensacją, że przecież przyjechał do Kanady jako lider Pucharu Świata oraz główny kandydat do medali. Po wszystkim i tak czuł dokładnie to samo, co w Park City. Szok i niedowierzanie.
Naprawdę mu się udało? Dał radę pokonać Adama i Gregora? Zdobył trzecie indywidualne Złoto Igrzysk Olimpijskich?
Nie docierało to do niego! Nie docierało nawet wtedy, gdy na monitorze wyświetliła się ta, tak upragniona JEDYNKA, a oszalały z radości Küttel wleciał na zeskok i zaczął ściskać go tak mocno, że omal nie pogruchotał mu kości. Ani kiedy wpadł w ramiona szczęśliwej Jany, która szepcząc gratulacje, składała na jego ustach słodkie pocałunki. Nie dotarło nawet wówczas, gdy odruchowo szczerząc swoje wielkie zęby, wskoczył na podium i w triumfalnym geście uniósł narty w górę.
Może to tylko piękny sen, z którego lada moment miał się wybudzić?
Nie! On wygrał naprawdę!
Zrozumiał to tuż przed konferencją. Zrozumiał, zerkając w te błękitne oczy po brzegi wypełnione pogardą i nienawiścią. Jej jedno, wściekle lodowate spojrzenie uświadomiło mu to znacznie lepiej aniżeli tysiące słów pochwał i gratulacji. Pokonał Małysza, a ona miała ochotę po prostu go za to zabić.
- Itka – mruknął odruchowo, choć doskonale wiedział, że w ten sposób jedynie daje jej szansę na mocniejszy i bardziej bolesny policzek.
- Wal się, Ammann – prychnęła, rzucając w niego trzymanymi w dłoni kwiatkami z dekoracji i odwracając się na pięcie. - Sukinsyn – syknęła jeszcze pod nosem w nieznanym mu języku i po prostu odeszła.
Jak wielkim był idiotą, wierząc, że ich przyjaźń coś dla niej znaczy? Że może okazać się ważniejsza od sportu? Naiwny kretyn! Przecież doskonale wiedział, jak paskudnie rozstała się z Mattim, po jego kilku spektakularnych zwycięstwach. Jak żarła się z Andersem, kiedy toczył z Polakiem walkę o Kryształową Kulę. Nie wspominając już o tym, jak latami traktowała Thomasa i Gregora. Aida była w stanie wybaczyć wiele, ale na pewno nie próbę bycia lepszym od jej ulubieńca. Czemu więc z nim miałoby być inaczej? Niby z jakiej okazji on miałby okazać się jakimś cholernym wyjątkiem?
Bo mi obiecałaś! Obiecałaś, cholero jedna. Pamiętasz? Tamtej nocy, kiedy zrozumiałaś, że Stephan naprawdę z tobą zerwał. Że to nie była tylko kolejna wielka kłótnia, po której kiedyś się pogodzicie. Że tym razem po prostu przegięłaś. Twoja obsesja na punkcie Adama w końcu was zniszczyła.
Naszej przyjaźni miało to nigdy nie spotkać. Miała być nie do zdarcia.
Siedem lat!
Wytrwali niesamowite siedem lat. Pełne wzlotów i upadków, śmiechu i płaczu, szczęścia i rozczarowań. Jej wsparcie nieraz pomagało mu wziąć się w garść i zacząć walczyć, a rozzłoszczona minka najlepiej ze wszystkiego uświadamiała, że znów mu się udało. Kilka razy zdarzyło mu się nawet bezpośrednio pokonać Małysza. Dąsała się wtedy, gderała zawzięcie pod nosem, ale nie przekreśliła tej znajomości, nie odwróciła się od niego. Nigdy! Nawet po Sapporo, gdzie zgarnął złoty medal Mistrzostw Świata. Medal, który przed konkursem wszyscy zgodnie wieszali na szyi jej rodaka. Poboczyła się wtedy na niego przez kilka dni, aż przyszedł konkurs na normalnym obiekcie, wielkie show z nowym rekordem i zdecydowaną wygraną jej ukochanego Orzełka z Wisły. Pstryk... znów się lubili.
Czyli co? Teraz też miał na to liczyć? Miał przegrać z Adamem, żeby ją odzyskać?
Sport albo przyjaźń!
***

Roześmiała się, wyrzucając ręce wysoko nad głowę i obracając wokół własnej osi. Kusa, plisowana spódniczka falowała wokół jej ud, usta z lekkim opóźnieniem wtórowały słowom lecącej piosenki, a oczy lśniły radośnie. Ze szczęścia i za sprawą alkoholu, którego z całą pewnością nie szczędzili sobie tej nocy.
Do diabła, smażyłby się w piekle za kłamstwo, gdyby stwierdził, że nie wyglądała w tym momencie najpiękniej na świecie!
Wiedział, że to co robi jest głupotą i totalnym szaleństwem, a jednak nie zawahał się ani chwili, gdy przeczytał od niej wiadomość. Może to przez fakt, że od tygodnia nie tylko się do niego nie odzywała, ale wręcz traktowała jak wielkie, zgniłe jajo. A może był po prostu tak pewny siebie przed nadchodzącymi zmaganiami na dużej skoczni, że wiedział, iż to ich ostatnia wspólna noc. Za kilka godzin planował zdobyć kolejny złoty medal i stracić ją bezpowrotnie. Nie myślał więc o konsekwencjach, po prostu chciał spędzić z nią te ostatnie wspólne chwile.
Wariat z ciebie, ale spoko, będę Cię krył’ – rzucił mu Andreas tuż przed wyjściem, a on nagle poczuł się jak szuja, bo przecież Küttel musiał myśleć, że wymyka się do Jany. Do swojej ukochanej, z którą planował spędzić resztę życia. Do kobiety, której zaledwie pół godziny wcześniej napisał, że kładzie się spać, bo musi wypocząć przed zawodami. Nie zatrzymało go to jednak w pokoju, nie powstrzymało przed popełnieniem największego błędu w życiu.
Północ minęła już dawno, a on wciąż szalał na parkiecie z Itką. Otumaniony czarującą wonią jej perfum, kuszony zmysłowymi ruchami bioder i szelmowskim uśmieszkiem. A najgorsze było to, że choć doskonale zdawał sobie sprawę z jej wrednej gierki, czuł się względem niej całkowicie bezbronny. Albo po prostu nie chciał się bronić? Kochał Janę. Cholera, przecież był tego pewien jak niczego innego na świecie. Tylko że zanim ta wspaniała Rosjanka pojawiła się w jego życiu, przez wiele lat czuł coś do Aidy. Od głupiutkiego zauroczenia partnerką jednego z jego skocznych rywali w Park City po strach, że dwoma słowami zrujnuje ich przyjaźń.
Skoro teraz i tak miała legnąć w gruzach…
- Cześć mój mistrzu – zachichotała, wtulając się w niego niczym mały kociak. No tak, w swoim przebiegłym planie nie uwzględniła chyba tego jednego, malutkiego szczególiku. On latami łączył zakrapiane imprezy ze skakaniem, a ona miała wyjątkowo beznadziejną głowę. Jeśli więc planowała wykończyć go alkoholem, troszeczkę się przeliczyła. – Znęcasz się nade mną draniu! Tak nie można…
- Ten sport to moje życie, nie rozumiesz? Nie mogę… - urwał, czując na ustach delikatne muśnięcie jej warg. Przemknęło mu przez myśl, że smakuje jak kokosowy drink, który tak lubiła, po czym po prostu przyciągnął ją do siebie i pocałował znacznie odważniej.
- Czemu mi to robisz, do licha? Czemu? – prychnęła, kiedy odsunęli się w końcu od siebie. Wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać, a on w tym momencie był chyba gotów nawet obiecać jej, że już nigdy, przenigdy nie pokona Adama. – Jestem dość dobra, żeby się ze mną pobawić, wyjść na piwo, potańczyć, ale już nie dość dobra, żeby mnie kochać? Mam dość, Simon! Dość ciągłej wojny z Janą o ciebie. Dość udawania, że nie boli mnie słuchanie, jak planujesz się jej oświadczyć, jak za nią szalejesz. Nie mam już siły być tą drugą. TYLKO przyjaciółką. Przykro mi.
Stał jak skamieniały, kiedy wyrywała dłoń z jego uścisku, ocierała łzę, odwracała się na piecie i znikała w tłumie bawiących się wokoło ludzi.
*********************

Nie będzie komentarza do tego powyżej, bo jestem zbyt wstawiona.
Mam tylko nadzieję, że nie zraziło Was oczekiwanie prawie 2 miesiące na ten rozdział i jest jeszcze ktoś, kto ma ochotę czytać te masakrę.