Z dedykacją dla Stelli
Adam Małysz prowadzi!!! Dwieście sześćdziesiąt dziewięć i pół... Półtora punktu! Ależ fantastyczne, ależ fantastyczne. Aż nam Itka zaniemówiła. Żebyście ją państwo mogli teraz zobaczyć! Istna kulka szczęścia... Jest medal! Proszę państwa, jest medal!Teraz kto... Kto?... Uhrmann? Czy wytrzyma Uhrmann?
Adam Małysz prowadzi!!! Dwieście sześćdziesiąt dziewięć i pół... Półtora punktu! Ależ fantastyczne, ależ fantastyczne. Aż nam Itka zaniemówiła. Żebyście ją państwo mogli teraz zobaczyć! Istna kulka szczęścia... Jest medal! Proszę państwa, jest medal!Teraz kto... Kto?... Uhrmann? Czy wytrzyma Uhrmann?
[W. Szaranowicz & inwencja twórcza; 13.02.2010 Vancouver-Whistler]
Michael
ruszył, pozostawiając Simona na szczycie rozbiegu zupełnie samego.
Osiem
lat i prawie dwa tysiące kilometrów różnicy, a on znalazł się
dokładnie w tym samym miejscu co wówczas. Ostatni zawodnik
finałowej rundy konkursu olimpijskiego na skoczni normalnej. Jego
kropka nad i w boju o pierwsze kanadyjskie Złoto. O trzeci
najcenniejszy medal Igrzysk w jego kolekcji. Amerykańskie obiekty
chyba przynosiły mu szczęście.
Wsunął
się na belkę, myśląc o Janie. O SWOJEJ Janie. Zawsze,
wręcz obsesyjnie, starał się oddzielać życie prywatne od
sportowej kariery. Owszem, miło było wiedzieć, że tam na dole
stoi ktoś – ten najważniejszy ktoś na świecie – kto niemal
wyłamuje sobie palce, ściskając kciuki za twoje szczęście. Ta
wyjątkowa osoba, która wspiera cię całym sercem i w ramionach
której będziesz mógł świętować sukces albo opłakiwać
porażkę. Miło... Ale na jego starty nie miało to żadnego wpływu.
To była sprawa pomiędzy nim a skocznią. Nim a powietrzem. Nim a
jego formą. Miłość do Jany nie miała z tym nic wspólnego.
Dlaczego
więc tym razem chciał, aby było inaczej? Co małe, pluszowe
pudełeczko w kształcie serca robiło na dnie jego walizki właśnie
tutaj, w Whistler, a nie schowane gdzieś w mieszkaniu w Szwajcarii?
Czemu postanowił oświadczyć się jej akurat podczas najważniejszej
imprezy sezonu, splatając ze sobą dwa szczęścia oraz dwa światy,
które dotąd tak uparcie od siebie oddzielał?
Nigdy
nie odpowiedział sobie na te pytania.
Odepchnął
się mocno i pomknął w dół, stoczyć swoją najukochańszą z
walk.
Skoki
zawsze były numerem jeden.
Mocno
wyszedł z progu... I jest Mistrzem Olimpijskim. Brawo! Simi jest
wielki. Adam jest wielki! Schlierenzauer jest wielki. Wielka trójka
na podium...
[W. Szaranowicz; 13.02.2010 Vancouver-Whistler]
Igrzyska
Olimpijskie. Ameryka Północna. Najwyższy stopień na pudle. I jego
ulubiony facet z wąsem zaledwie o kroczek niżej. Jakby ktoś
cofnął czas, a on znów był tym szalonym, nieprzewidywalnym
dwudziestolatkiem, który zrobił psikusa całemu skocznemu światu i
zagarnął całe show dla siebie. Nieważne, że tym razem jego
zwycięstwo nie było już żadną sensacją, że przecież
przyjechał do Kanady jako lider Pucharu Świata oraz główny
kandydat do medali. Po wszystkim i tak czuł dokładnie to samo, co w
Park City. Szok i niedowierzanie.
Naprawdę
mu się udało? Dał radę pokonać Adama i Gregora? Zdobył trzecie
indywidualne Złoto Igrzysk Olimpijskich?
Nie
docierało to do niego! Nie docierało nawet wtedy, gdy na monitorze
wyświetliła się ta, tak upragniona JEDYNKA, a oszalały z
radości Küttel wleciał na zeskok i zaczął ściskać go tak
mocno, że omal nie pogruchotał mu kości. Ani kiedy wpadł w
ramiona szczęśliwej Jany, która szepcząc gratulacje, składała
na jego ustach słodkie pocałunki. Nie dotarło nawet wówczas, gdy
odruchowo szczerząc swoje wielkie zęby, wskoczył na podium i w
triumfalnym geście uniósł narty w górę.
Może
to tylko piękny sen, z którego lada moment miał się wybudzić?
Nie!
On wygrał naprawdę!
Zrozumiał
to tuż przed konferencją. Zrozumiał, zerkając w te błękitne
oczy po brzegi wypełnione pogardą i nienawiścią. Jej jedno,
wściekle lodowate spojrzenie uświadomiło mu to znacznie lepiej
aniżeli tysiące słów pochwał i gratulacji. Pokonał Małysza, a
ona miała ochotę po prostu go za to zabić.
-
Itka – mruknął odruchowo, choć doskonale wiedział, że w ten
sposób jedynie daje jej szansę na mocniejszy i bardziej bolesny
policzek.
-
Wal się, Ammann – prychnęła, rzucając w niego trzymanymi w
dłoni kwiatkami z dekoracji i odwracając się na pięcie. -
Sukinsyn – syknęła jeszcze pod nosem w nieznanym mu języku i po
prostu odeszła.
Jak
wielkim był idiotą, wierząc, że ich przyjaźń coś dla niej
znaczy? Że może okazać się ważniejsza od sportu? Naiwny kretyn!
Przecież doskonale wiedział, jak paskudnie rozstała się z Mattim,
po jego kilku spektakularnych zwycięstwach. Jak żarła się z
Andersem, kiedy toczył z Polakiem walkę o Kryształową Kulę. Nie
wspominając już o tym, jak latami traktowała Thomasa i Gregora.
Aida była w stanie wybaczyć wiele, ale na pewno nie próbę bycia
lepszym od jej ulubieńca. Czemu więc z nim miałoby być inaczej?
Niby z jakiej okazji on miałby okazać się jakimś cholernym
wyjątkiem?
Bo
mi obiecałaś! Obiecałaś, cholero jedna. Pamiętasz? Tamtej nocy,
kiedy zrozumiałaś, że Stephan naprawdę z tobą zerwał. Że to
nie była tylko kolejna wielka kłótnia, po której kiedyś się
pogodzicie. Że tym razem po prostu przegięłaś. Twoja obsesja na
punkcie Adama w końcu was zniszczyła.
Naszej
przyjaźni miało to nigdy nie spotkać. Miała być nie do zdarcia.
Siedem
lat!
Wytrwali
niesamowite siedem lat. Pełne wzlotów i upadków, śmiechu i
płaczu, szczęścia i rozczarowań. Jej wsparcie nieraz pomagało mu
wziąć się w garść i zacząć walczyć, a rozzłoszczona minka
najlepiej ze wszystkiego uświadamiała, że znów mu się udało.
Kilka razy zdarzyło mu się nawet bezpośrednio pokonać Małysza.
Dąsała się wtedy, gderała zawzięcie pod nosem, ale nie
przekreśliła tej znajomości, nie odwróciła się od niego. Nigdy!
Nawet po Sapporo, gdzie zgarnął złoty medal Mistrzostw Świata.
Medal, który przed konkursem wszyscy zgodnie wieszali na szyi jej
rodaka. Poboczyła się wtedy na niego przez kilka dni, aż przyszedł
konkurs na normalnym obiekcie, wielkie show z nowym rekordem i
zdecydowaną wygraną jej ukochanego Orzełka z Wisły. Pstryk...
znów się lubili.
Czyli
co? Teraz też miał na to liczyć? Miał przegrać z Adamem, żeby
ją odzyskać?
Sport
albo przyjaźń!
***
Roześmiała
się, wyrzucając ręce wysoko nad głowę i obracając wokół
własnej osi. Kusa, plisowana spódniczka falowała wokół jej ud,
usta z lekkim opóźnieniem wtórowały słowom lecącej piosenki, a
oczy lśniły radośnie. Ze szczęścia i za sprawą alkoholu,
którego z całą pewnością nie szczędzili sobie tej nocy.
Do
diabła, smażyłby się w piekle za kłamstwo, gdyby stwierdził, że
nie wyglądała w tym momencie najpiękniej na świecie!
Wiedział,
że to co robi jest głupotą i totalnym szaleństwem, a jednak nie
zawahał się ani chwili, gdy przeczytał od niej wiadomość. Może
to przez fakt, że od tygodnia nie tylko się do niego nie odzywała,
ale wręcz traktowała jak wielkie, zgniłe jajo. A może był po
prostu tak pewny siebie przed nadchodzącymi zmaganiami na dużej
skoczni, że wiedział, iż to ich ostatnia wspólna noc. Za kilka
godzin planował zdobyć kolejny złoty medal i stracić ją
bezpowrotnie. Nie myślał więc o konsekwencjach, po prostu chciał
spędzić z nią te ostatnie wspólne chwile.
‘Wariat
z ciebie, ale spoko, będę Cię krył’ – rzucił mu Andreas
tuż przed wyjściem, a on nagle poczuł się jak szuja, bo przecież
Küttel musiał myśleć, że wymyka się do Jany. Do swojej
ukochanej, z którą planował spędzić resztę życia. Do kobiety,
której zaledwie pół godziny wcześniej napisał, że kładzie się
spać, bo musi wypocząć przed zawodami. Nie zatrzymało go to
jednak w pokoju, nie powstrzymało przed popełnieniem największego
błędu w życiu.
Północ
minęła już dawno, a on wciąż szalał na parkiecie z Itką.
Otumaniony czarującą wonią jej perfum, kuszony zmysłowymi ruchami
bioder i szelmowskim uśmieszkiem. A najgorsze było to, że choć
doskonale zdawał sobie sprawę z jej wrednej gierki, czuł się
względem niej całkowicie bezbronny. Albo po prostu nie chciał się
bronić? Kochał Janę. Cholera, przecież był tego pewien jak
niczego innego na świecie. Tylko że zanim ta wspaniała Rosjanka
pojawiła się w jego życiu, przez wiele lat czuł coś do Aidy. Od
głupiutkiego zauroczenia partnerką jednego z jego skocznych rywali
w Park City po strach, że dwoma słowami zrujnuje ich przyjaźń.
Skoro
teraz i tak miała legnąć w gruzach…
-
Cześć mój mistrzu – zachichotała, wtulając się w niego niczym
mały kociak. No tak, w swoim przebiegłym planie nie uwzględniła
chyba tego jednego, malutkiego szczególiku. On latami łączył
zakrapiane imprezy ze skakaniem, a ona miała wyjątkowo beznadziejną
głowę. Jeśli więc planowała wykończyć go alkoholem, troszeczkę
się przeliczyła. – Znęcasz się nade mną draniu! Tak nie można…
-
Ten sport to moje życie, nie rozumiesz? Nie mogę… - urwał,
czując na ustach delikatne muśnięcie jej warg. Przemknęło mu
przez myśl, że smakuje jak kokosowy drink, który tak lubiła, po
czym po prostu przyciągnął ją do siebie i pocałował znacznie
odważniej.
-
Czemu mi to robisz, do licha? Czemu? – prychnęła, kiedy odsunęli
się w końcu od siebie. Wyglądała, jakby miała się zaraz
rozpłakać, a on w tym momencie był chyba gotów nawet obiecać
jej, że już nigdy, przenigdy nie pokona Adama. – Jestem dość
dobra, żeby się ze mną pobawić, wyjść na piwo, potańczyć, ale
już nie dość dobra, żeby mnie kochać? Mam dość, Simon! Dość
ciągłej wojny z Janą o ciebie. Dość udawania, że nie boli mnie
słuchanie, jak planujesz się jej oświadczyć, jak za nią
szalejesz. Nie mam już siły być tą drugą. TYLKO przyjaciółką.
Przykro mi.
Stał
jak skamieniały, kiedy wyrywała dłoń z jego uścisku, ocierała
łzę, odwracała się na piecie i znikała w tłumie bawiących się
wokoło ludzi.
*********************
Nie będzie komentarza do tego powyżej, bo jestem zbyt wstawiona.
Mam tylko nadzieję, że nie zraziło Was oczekiwanie prawie 2 miesiące na ten rozdział i jest jeszcze ktoś, kto ma ochotę czytać te masakrę.