Zmusiłaś mnie do wyboru
pomiędzy miłością i skokami, Itka, a ja się nawet nie zawahałem.
Rozumiesz? Nie zawahałem się ani sekundy. Byłem wściekły, tak
cholernie na ciebie wściekły, ale nawet przez myśl mi nie
przeszło, żeby ratować ten związek kosztem kariery.
Jak
miałem żyć z kobietą, wiedząc, że była tylko drugą
opcją?
***
Pamiętam,
jak pierwszy raz zobaczyłam go na skoczni. Mały, niepozorny
człowieczek w za dużym kasku i śmiesznych goglach. Nie miał
skrzydeł, a mimo to szybował w powietrzu. Z zadziwiająca lekkością
łamiąc odwieczne prawo grawitacji, wprawiając w osłupienie i
dokonując rzeczy z pozoru niemożliwych.
Mój
mały bohater.
Leć...
Jeszcze kawałeczek! Jeszcze odrobinkę
– krzyczałam co sił, wiercąc się nerwowo na starej kanapie i
zaciskając małe piąstki tak mocno, że gdyby nie mój ówczesny,
wyjątkowo paskudny nawyk obgryzania paznokci, zapewne rozorałabym
sobie całe dłonie. Wiem, bo w późniejszych czasach doświadczyłam
tego nieraz.
Najsłodszy
ból kibica, kiedy kciuki okazują się być tymi szczęśliwymi.
Wtedy
takie nie były.
Nie
pamiętam, które ostatecznie zajął miejsce. Trzecie? Piąte?
Dwudzieste? Prawdę mówiąc, nie mam nawet bladego pojęcia, gdzie
obywał się konkurs, aby móc to dzisiaj sprawdzić. Wiem tylko, że
nigdy nie zapomnę tej goryczy zawodu, tych palących łez
rozczarowania oraz kiełkującej gdzieś na dnie serca nienawiści
wobec gościa z logiem Red
Bulla na czapce.
Gościa, który wygrał – nie po raz pierwszy i zdecydowanie nie
ostatni – który w tamtych czas był po prostu nie do zdarcia w
swoim dumnym i pewnym marszu po trzecią Kryształową Kulę w życiu.
Gościa, który miał czelność okazać się lepszy od mojego
ulubieńca.
Chyba
byłam jeszcze zbyt młoda, aby zrozumieć, co się ze mną dzieje.
Domyślić się, że właśnie trafiła we mnie moja pierwsza
sportowa strzała pyzatego amorka. Pierwsza, ale najpotężniejsza ze
wszystkich. Skoczne zauroczenie równie niewinne co przerażające w
swym szaleństwie. Nie mogłam przecież przewidzieć, że patrzę na
faceta, który kiedyś wywróci moje życie do góry nogami,
zmieniając w nim dosłownie wszystko. Nie mogłam! Wyłączyłam
więc telewizor, wrzuciłam na siebie ciepłą kurtkę i wyszłam na
podwórko poskakać z koleżankami w gumę.
Mały
człowieczek znikł z mojego życia na ładnych kilka lat.
„Oszalały flagi,
wstrzymał oddech świat.
Tłum na dole krzyczy,
że ty jesteś nasz.”
Jedno
zimowe popołudnie. Cisza pustego domu i białe płatki śniegu
wirujące za oknem. Włochaty koc otulający drobne ramiona i ciepła
herbata grzejąca dłonie. Na szklanym ekranie niestrudzony John
McClane po raz kolejny na bosaka ratował sterroryzowaną Nakatomię,
ale tym razem Nowy Rok wybrał sobie zupełnie innego bohatera.
Niewielkiego, drobniutkiego i nieobliczalnego chłopaka z gór,
tnącego niemieckie niebo w swoim rekordowym skoku po miejsce na
kartach historii zimowych sportów.
Mój
mały człowieczek wrócił, a ja nie byłam już w stanie tak po
prostu wyłączyć telewizora i wyjść. Zostałam więc.
Na
dekorację.
Na
kolejny konkurs.
Do
końca sezonu.
Na
kilka najwspanialszych lat mojego życia.
I
nieważne, że wielu nie rozumiało mojej szalonej fascynacji tym
sportem; że wraz z kolejnym 'dzisiaj
nie mogę', 'może później', 'po zawodach' liczba
przyjaciół, którym wciąż chciało się czekać topniała niczym
góra lodowa na Saharze; że na początku tego wszystkiego mało nie
puściłam rodziców z torbami, bo Internet był nowinką pracującą
na modemie i kosztującą krocie za każdą minutę użytkowania, a
ja najchętniej całymi godzinami przesiadywałabym na moim ukochanym
forum skijumping. Nieważne, bo w końcu znalazłam swoje miejsce na
ziemi.
Mój malutki, zimowy świat.
Byłam tylko ja i garstka
latających wariatów z telepudła.
Ja i skoki.
Ja i on!
Wcale nie pytał, czy może
skraść moje sportowe serce. Podbił je dokładnie tak, jak tamtego
dnia wdarł się na podium. Szturmem! Bez jakiegokolwiek ostrzeżenia,
zbędnych skrupułów czy strachu wobec ówczesnych gigantów tej
dyscypliny. Zagarnął je tylko dla siebie i zawłaszczył na długie
lata, dokładnie tak jak pierwsze miejsce w Pucharze Świata, które
od dłuższego czasu niemal niezmiennie należało do któregoś z
naszych zachodnich sąsiadów. Tylko że ja, w przeciwieństwie do
nich, bynajmniej nie zamierzałam się przed tym bronić. Uwielbiałam
to uczucie. Te rozpalone od emocji policzki, wrzaski radości oraz
łapanie się za głowę w geście niedowierzania, kiedy przekraczał
kolejne granice, bił następne rekordy i tworzył najpiękniejszą
historię z możliwych. Cieszyłam się każdą nieszczędzoną łzą,
zarówno tą przepełnioną radosnym wzruszeniem, jak i nutką
rozgoryczenia. Tak, czasem zdarzało mu się przegrać, ale nigdy nie
poddawał się w walce. Lubiłam nawet te wszystkie szramki na
wnętrzu dłoni, bo przecież symbolizowały te szczęśliwe kciuki.
Z radością oddałam mu swoje
serce, w zamian tak naprawdę nie oczekując nic, a dostając więcej
niż kiedykolwiek mogłabym sobie wymarzyć.
Co więc mogę rzec?
Byłam,
jestem i zawsze będę cholernie dumna z tego, że mogłam mu
kibicować, że wybrałam go sobie na bohatera. Sprawił, że
największym szczęściem oraz zaszczytem było przywdziewanie
biało-czerwonych barw, unoszenie polskiej flagi wysoko do góry i
śpiewanie Mazurka z ręką przyłożoną do Orzełka na piersi.
Przyciągnął mnie do skoków niczym magnes i już nic nigdy miało
nie być takie samo, nikt równie ważny. Żaden sportowiec nie miał
najmniejszego prawa, aby kiedyś go zastąpić. NIGDY! Wiedziałam,
że kiedy mój mały człowieczek odejdzie ze skoków, ja już nigdy
nie zacisnę kciuków równie mocno, nie przeleję więcej ani jednej
szczęśliwej łzy, nie wykrzyknę z triumfem równie głośno. Moje
skoki to był ON.
Na zawsze.
Czy żałuję?
Na
pewno nie tego, że go pokochałam. Że przeżyłam najwspanialsze
dziesięć lat śledząc, a później również komentując jego
zmagania na skoczniach całego świata. Nie żałuję tego ani
odrobinkę. Wstyd mi jednak, że nie zauważyłam, kiedy ta miłość
zamieniła się w obsesję, a zwykła sportowa walka w wojnę na
śmierć i życie. Przegapiłam chwilę, kiedy wpadłam w paskudny
trójkąt, z którego nie było już wyjścia. Zraniłam zbyt wielu
ludzi, bo skoki zawsze musiały być najważniejsze, bo ON
nie mógł mieć sobie równych. Nienawidziłam każdego, kto miał
czelność wygrywać z moim małym człowieczkiem.
***
To wcale nie tak, Simi, że
cię nie lubiłam. Myślę że już przed Vancuver zrodziły się we
mnie jakieś uczucia, po prostu skoki jak zawsze okazały się
ważniejsze.
Bo jeśli ktoś myśli, że
związek ze sportowcem skazuje na wieczne bycie drugą opcją, niech
spróbuje pokochać szaloną fankę.
Nie swoją!
***
tylu pięknych chwil
nieprzytomnych wzruszeń
twoich wielkich dni.”
- Czy mi się zdaje, czy ty
naprawdę trzymasz za niego kciuki? No kurde, nie wierzę! Aida
Roztropek trzyma kciuki za Simona Ammanna. Świat się kończy!
Niechętnie
oderwała wzrok od dużego telebimu, gdzie doskonale znany wszystkim
Szwajcar gramolił się właśnie na belkę startową, i posłała
swojemu towarzyszowi zaskoczone spojrzenie. Widział, jak przez
ułamek sekundy się zawahała. Przecież kiedyś za takie słowa
nieźle by mu się oberwało. Tyle tylko że kiedyś po prostu nie
trzymała kciuków za Ammanna. Nie bywała gościem
na zawodach. A już z całą pewnością za towarzystwo nie robił
jej Gregor Schlierenzauer. Uśmiechnęła się więc szeroko i
zacisnęła mocniej piąstki na szczęście.
Kiedyś
już nie istniało!
Nie po tym, jak Simon upadł w
Bischofschofen, a do niej dotarło, że przecież go nie przeprosiła
i może już nigdy nie mieć okazji tego zrobić.
Nie po tym, jak Gregor ogłosił
zawieszenie kariery, a ona poczuła dziwną pustkę, bo nagle zdała
sobie sprawę, że chyba tylko kibicowanie przeciwko tej zakazanej,
austriackiej mordzie było równie emocjonujące, co wspieranie jej
małego człowieczka.
A przede wszystkim, nie po tym,
jak jej bohater odwiesił narty na kołek.
Stała więc teraz pod skocznią
noszącą imię tego najważniejszego w jej życiu, gorąco
dopingując tego, któremu oddała swoje sportowe serducho
zdecydowanie zbyt późno i zawierając bezgłośny rozejm z tym, o
którym bez zająknięcia mogła powiedzieć, że nienawidziła go w
skokach najmocniej ze wszystkich.
- Nieważne co się stało w
Vancuver, Simon to mój przyjaciel – rzuciła, nerwowo przeskakując
z nogi na nogę i czując, jak za długie paznokcie pomimo rękawiczek
wbijają jej się w skórę dłoni.
- Daj spokój, Itka – roześmiał
się kpiąco Austriak. - Nienawidziłaś go! Nienawidziłaś go tak
samo jak mnie, Thomasa, Andersa, czy Janne. A wcześniej pewnie też
Svena, Martina i Goldiego. Nienawidziłaś każdego, kto miał odwagę
zagrozić Małyszowi. Jeden lepszy skok i plułaś jadem na prawo i
lewo. Zerwałaś i zmieszałaś z błotem Mattiego, po tym jak wygrał
w Zakopanem. Nawet twoje rozstanie ze Stephanem było ponoć jakieś
dziwne i niekoniecznie przypadkowe. Nie ściemniaj więc, że Simon
był wyjątkiem. Nie po tym, co odwaliłaś na Olimpiadzie. Spójrz
mi w oczy i powiedz, że nie poprosiłaś go, żeby przegrał złoto.
Jej
cichutkie i raczej mało przekonujące nie
utonęło w morzu krzyków oraz wiwatów, bo po całkiem ładnej
próbie Szwajcara, na górze rozbiegu pojawił się Peter Prevc.
Licznie zgromadzeni pod skocznią w Wiśle Malince słoweńscy kibice
z werwą i oddaniem wspierali swojego ulubieńca, a ona przypomniała
sobie nagle po co, poza przeproszeniem Simiego, zdecydowała się
przyjechać na zawody. Dlaczego po sześciu latach skrzętnego
unikania latającego cyrku, drżącą dłonią wykręciła numer,
którego planowała nie użyć nigdy w życiu, i nieśmiało
poprosiła, aby był tu razem z nią. Nie puściła więc kciuków,
bo choć zajmowana po pierwszej serii pozycja, raczej nie dawała mu
większych szans na zwycięstwo, w tym sezonie Peter dokonywał
rzeczy szalonych i z pozoru całkowicie niemożliwych, a ona tak
bardzo nie chciała, aby odniósł swoje czternaste zwycięstwo,
bijąc tym samym gregorywy rekord. Na pewno nie tu. Nie na polskiej
ziemi, nie na skoczni Adama.
Przez dziesięć lat zrodziło
się w niej wiele uczuć wobec Austriaka. Niechęć, pogarda,
wściekłość, odraza i nienawiść. Na antenie musiała się
jeszcze pilnować, ale później, kiedy już zasiadała tylko przed
telewizorem, wszystkie hamulce w niej puszczały. Rodzina nieraz
zamierała w osłupieniu za sprawą wulgaryzmów wydobywających się
z jej ust, albo szybko uchylała przed przedmiotami szybującymi w
stronę ekranu. Gdyby wzrok mógł zabijać, Gregor Schlierenzauer
padłby trupem zanim jeszcze odniósł swoje pierwsze zwycięstwo.
Przy czterdziestym zostałby już po nim chyba tylko ogromny lej w
ziemi. Ochoczo wierzyła i zastawiała się wszystkimi spiskami o
słoweńsko-austriackiej mafii, która go promowała. O Walterze
Hoferze, który, jak tylko mógł, pomagał swojemu pupilkowi. To nie
Gregor był wielki, to inni po prostu pomagali mu zwyciężać. Za
żadne skarby świata nie chciała przyznać, że jest po prostu
dobry... Świetny... Lepszy!
Aż w końcu chyba się z tym
jakoś pogodziła. Oswoiła myśl, że jej mały człowieczek nie
jest numerem jeden, że to ten przeklęty Aut nim jest. Wciąż go
nienawidziła, wciąż była wściekła, ale stał się po prostu
dawno oswojonym złem. Złem, z którym przeżyła dziesięć lat.
Uniosła lekko ręce do góry i
pomachała nimi przed nosem głównego zainteresowanego.
- To co, za Prevca też trzymam
kciuki? Rany, Itka, podmienili cię, czy jak?
- Za ciebie je trzymam, kretynie!
Nie chcę, żeby ten burak wygrał. Nie chcę, żeby bił twoje
rekordy. Nie chcę, żeby kiedykolwiek, ktokolwiek nazywał go od
ciebie lepszym. Ty jesteś najlepszy. - Widziała, jak zszokowały go
te słowa. Omal nie rozdziawił gęby jak kretyn ze zdziwienia. Może
nie znał jej tak dobrze, jak Simon, ale na pewno zdawał sobie
sprawę ile kosztowało ją pogodzenie się z tą myślą. Z uznaniem
go za lepszego od Adama. - Zawrzyjmy układ. Ja opowiem ci, co stało
się w Vancuver, a ty wrócisz na skocznię.
- Mała szantażystka!
*************************************
Powinnam tu chyba walnąć jakąś ciekawą przemowę, ale myślę, że to co chciałam powiedzieć, jest w tekście. Niby wymyślonym, a jednak chyba pierwszy raz się tak wywnętrzniłam. Nie było łatwo, bo chciałam, aby było idealnie.
Trudno, jest jak jest. Mam nadzieję, że choć troszeczkę oddałam to, co chciałam powiedzieć.