piątek, 25 marca 2016

1. Mój mały człowieczek.

Zmusiłaś mnie do wyboru pomiędzy miłością i skokami, Itka, a ja się nawet nie zawahałem. Rozumiesz? Nie zawahałem się ani sekundy. Byłem wściekły, tak cholernie na ciebie wściekły, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby ratować ten związek kosztem kariery.
Jak miałem żyć z kobietą, wiedząc, że była tylko drugą opcją?

***

Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłam go na skoczni. Mały, niepozorny człowieczek w za dużym kasku i śmiesznych goglach. Nie miał skrzydeł, a mimo to szybował w powietrzu. Z zadziwiająca lekkością łamiąc odwieczne prawo grawitacji, wprawiając w osłupienie i dokonując rzeczy z pozoru niemożliwych.
Mój mały bohater.
Leć... Jeszcze kawałeczek! Jeszcze odrobinkę – krzyczałam co sił, wiercąc się nerwowo na starej kanapie i zaciskając małe piąstki tak mocno, że gdyby nie mój ówczesny, wyjątkowo paskudny nawyk obgryzania paznokci, zapewne rozorałabym sobie całe dłonie. Wiem, bo w późniejszych czasach doświadczyłam tego nieraz.
Najsłodszy ból kibica, kiedy kciuki okazują się być tymi szczęśliwymi.
Wtedy takie nie były.
Nie pamiętam, które ostatecznie zajął miejsce. Trzecie? Piąte? Dwudzieste? Prawdę mówiąc, nie mam nawet bladego pojęcia, gdzie obywał się konkurs, aby móc to dzisiaj sprawdzić. Wiem tylko, że nigdy nie zapomnę tej goryczy zawodu, tych palących łez rozczarowania oraz kiełkującej gdzieś na dnie serca nienawiści wobec gościa z logiem Red Bulla na czapce. Gościa, który wygrał – nie po raz pierwszy i zdecydowanie nie ostatni – który w tamtych czas był po prostu nie do zdarcia w swoim dumnym i pewnym marszu po trzecią Kryształową Kulę w życiu. Gościa, który miał czelność okazać się lepszy od mojego ulubieńca.
Chyba byłam jeszcze zbyt młoda, aby zrozumieć, co się ze mną dzieje. Domyślić się, że właśnie trafiła we mnie moja pierwsza sportowa strzała pyzatego amorka. Pierwsza, ale najpotężniejsza ze wszystkich. Skoczne zauroczenie równie niewinne co przerażające w swym szaleństwie. Nie mogłam przecież przewidzieć, że patrzę na faceta, który kiedyś wywróci moje życie do góry nogami, zmieniając w nim dosłownie wszystko. Nie mogłam! Wyłączyłam więc telewizor, wrzuciłam na siebie ciepłą kurtkę i wyszłam na podwórko poskakać z koleżankami w gumę.
Mały człowieczek znikł z mojego życia na ładnych kilka lat.

„Oszalały flagi,
wstrzymał oddech świat.
Tłum na dole krzyczy,
że ty jesteś nasz.”

Jedno zimowe popołudnie. Cisza pustego domu i białe płatki śniegu wirujące za oknem. Włochaty koc otulający drobne ramiona i ciepła herbata grzejąca dłonie. Na szklanym ekranie niestrudzony John McClane po raz kolejny na bosaka ratował sterroryzowaną Nakatomię, ale tym razem Nowy Rok wybrał sobie zupełnie innego bohatera. Niewielkiego, drobniutkiego i nieobliczalnego chłopaka z gór, tnącego niemieckie niebo w swoim rekordowym skoku po miejsce na kartach historii zimowych sportów.
Mój mały człowieczek wrócił, a ja nie byłam już w stanie tak po prostu wyłączyć telewizora i wyjść. Zostałam więc.
Na dekorację.
Na kolejny konkurs.
Do końca sezonu.
Na kilka najwspanialszych lat mojego życia.
I nieważne, że wielu nie rozumiało mojej szalonej fascynacji tym sportem; że wraz z kolejnym 'dzisiaj nie mogę', 'może później', 'po zawodach' liczba przyjaciół, którym wciąż chciało się czekać topniała niczym góra lodowa na Saharze; że na początku tego wszystkiego mało nie puściłam rodziców z torbami, bo Internet był nowinką pracującą na modemie i kosztującą krocie za każdą minutę użytkowania, a ja najchętniej całymi godzinami przesiadywałabym na moim ukochanym forum skijumping. Nieważne, bo w końcu znalazłam swoje miejsce na ziemi.
Mój malutki, zimowy świat.
Byłam tylko ja i garstka latających wariatów z telepudła.
Ja i skoki.
Ja i on!
Wcale nie pytał, czy może skraść moje sportowe serce. Podbił je dokładnie tak, jak tamtego dnia wdarł się na podium. Szturmem! Bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, zbędnych skrupułów czy strachu wobec ówczesnych gigantów tej dyscypliny. Zagarnął je tylko dla siebie i zawłaszczył na długie lata, dokładnie tak jak pierwsze miejsce w Pucharze Świata, które od dłuższego czasu niemal niezmiennie należało do któregoś z naszych zachodnich sąsiadów. Tylko że ja, w przeciwieństwie do nich, bynajmniej nie zamierzałam się przed tym bronić. Uwielbiałam to uczucie. Te rozpalone od emocji policzki, wrzaski radości oraz łapanie się za głowę w geście niedowierzania, kiedy przekraczał kolejne granice, bił następne rekordy i tworzył najpiękniejszą historię z możliwych. Cieszyłam się każdą nieszczędzoną łzą, zarówno tą przepełnioną radosnym wzruszeniem, jak i nutką rozgoryczenia. Tak, czasem zdarzało mu się przegrać, ale nigdy nie poddawał się w walce. Lubiłam nawet te wszystkie szramki na wnętrzu dłoni, bo przecież symbolizowały te szczęśliwe kciuki.
Z radością oddałam mu swoje serce, w zamian tak naprawdę nie oczekując nic, a dostając więcej niż kiedykolwiek mogłabym sobie wymarzyć.
Co więc mogę rzec?
Byłam, jestem i zawsze będę cholernie dumna z tego, że mogłam mu kibicować, że wybrałam go sobie na bohatera. Sprawił, że największym szczęściem oraz zaszczytem było przywdziewanie biało-czerwonych barw, unoszenie polskiej flagi wysoko do góry i śpiewanie Mazurka z ręką przyłożoną do Orzełka na piersi. Przyciągnął mnie do skoków niczym magnes i już nic nigdy miało nie być takie samo, nikt równie ważny. Żaden sportowiec nie miał najmniejszego prawa, aby kiedyś go zastąpić. NIGDY! Wiedziałam, że kiedy mój mały człowieczek odejdzie ze skoków, ja już nigdy nie zacisnę kciuków równie mocno, nie przeleję więcej ani jednej szczęśliwej łzy, nie wykrzyknę z triumfem równie głośno. Moje skoki to był ON. Na zawsze.
Czy żałuję?
Na pewno nie tego, że go pokochałam. Że przeżyłam najwspanialsze dziesięć lat śledząc, a później również komentując jego zmagania na skoczniach całego świata. Nie żałuję tego ani odrobinkę. Wstyd mi jednak, że nie zauważyłam, kiedy ta miłość zamieniła się w obsesję, a zwykła sportowa walka w wojnę na śmierć i życie. Przegapiłam chwilę, kiedy wpadłam w paskudny trójkąt, z którego nie było już wyjścia. Zraniłam zbyt wielu ludzi, bo skoki zawsze musiały być najważniejsze, bo ON nie mógł mieć sobie równych. Nienawidziłam każdego, kto miał czelność wygrywać z moim małym człowieczkiem.

***

To wcale nie tak, Simi, że cię nie lubiłam. Myślę że już przed Vancuver zrodziły się we mnie jakieś uczucia, po prostu skoki jak zawsze okazały się ważniejsze.
Bo jeśli ktoś myśli, że związek ze sportowcem skazuje na wieczne bycie drugą opcją, niech spróbuje pokochać szaloną fankę.
Nie swoją!

***

„Nie da się zapomnieć
tylu pięknych chwil
nieprzytomnych wzruszeń
twoich wielkich dni.”

- Czy mi się zdaje, czy ty naprawdę trzymasz za niego kciuki? No kurde, nie wierzę! Aida Roztropek trzyma kciuki za Simona Ammanna. Świat się kończy!
Niechętnie oderwała wzrok od dużego telebimu, gdzie doskonale znany wszystkim Szwajcar gramolił się właśnie na belkę startową, i posłała swojemu towarzyszowi zaskoczone spojrzenie. Widział, jak przez ułamek sekundy się zawahała. Przecież kiedyś za takie słowa nieźle by mu się oberwało. Tyle tylko że kiedyś po prostu nie trzymała kciuków za Ammanna. Nie bywała gościem na zawodach. A już z całą pewnością za towarzystwo nie robił jej Gregor Schlierenzauer. Uśmiechnęła się więc szeroko i zacisnęła mocniej piąstki na szczęście.
Kiedyś już nie istniało!
Nie po tym, jak Simon upadł w Bischofschofen, a do niej dotarło, że przecież go nie przeprosiła i może już nigdy nie mieć okazji tego zrobić.
Nie po tym, jak Gregor ogłosił zawieszenie kariery, a ona poczuła dziwną pustkę, bo nagle zdała sobie sprawę, że chyba tylko kibicowanie przeciwko tej zakazanej, austriackiej mordzie było równie emocjonujące, co wspieranie jej małego człowieczka.
A przede wszystkim, nie po tym, jak jej bohater odwiesił narty na kołek.
Stała więc teraz pod skocznią noszącą imię tego najważniejszego w jej życiu, gorąco dopingując tego, któremu oddała swoje sportowe serducho zdecydowanie zbyt późno i zawierając bezgłośny rozejm z tym, o którym bez zająknięcia mogła powiedzieć, że nienawidziła go w skokach najmocniej ze wszystkich.
- Nieważne co się stało w Vancuver, Simon to mój przyjaciel – rzuciła, nerwowo przeskakując z nogi na nogę i czując, jak za długie paznokcie pomimo rękawiczek wbijają jej się w skórę dłoni.
- Daj spokój, Itka – roześmiał się kpiąco Austriak. - Nienawidziłaś go! Nienawidziłaś go tak samo jak mnie, Thomasa, Andersa, czy Janne. A wcześniej pewnie też Svena, Martina i Goldiego. Nienawidziłaś każdego, kto miał odwagę zagrozić Małyszowi. Jeden lepszy skok i plułaś jadem na prawo i lewo. Zerwałaś i zmieszałaś z błotem Mattiego, po tym jak wygrał w Zakopanem. Nawet twoje rozstanie ze Stephanem było ponoć jakieś dziwne i niekoniecznie przypadkowe. Nie ściemniaj więc, że Simon był wyjątkiem. Nie po tym, co odwaliłaś na Olimpiadzie. Spójrz mi w oczy i powiedz, że nie poprosiłaś go, żeby przegrał złoto.
Jej cichutkie i raczej mało przekonujące nie utonęło w morzu krzyków oraz wiwatów, bo po całkiem ładnej próbie Szwajcara, na górze rozbiegu pojawił się Peter Prevc. Licznie zgromadzeni pod skocznią w Wiśle Malince słoweńscy kibice z werwą i oddaniem wspierali swojego ulubieńca, a ona przypomniała sobie nagle po co, poza przeproszeniem Simiego, zdecydowała się przyjechać na zawody. Dlaczego po sześciu latach skrzętnego unikania latającego cyrku, drżącą dłonią wykręciła numer, którego planowała nie użyć nigdy w życiu, i nieśmiało poprosiła, aby był tu razem z nią. Nie puściła więc kciuków, bo choć zajmowana po pierwszej serii pozycja, raczej nie dawała mu większych szans na zwycięstwo, w tym sezonie Peter dokonywał rzeczy szalonych i z pozoru całkowicie niemożliwych, a ona tak bardzo nie chciała, aby odniósł swoje czternaste zwycięstwo, bijąc tym samym gregorywy rekord. Na pewno nie tu. Nie na polskiej ziemi, nie na skoczni Adama.
Przez dziesięć lat zrodziło się w niej wiele uczuć wobec Austriaka. Niechęć, pogarda, wściekłość, odraza i nienawiść. Na antenie musiała się jeszcze pilnować, ale później, kiedy już zasiadała tylko przed telewizorem, wszystkie hamulce w niej puszczały. Rodzina nieraz zamierała w osłupieniu za sprawą wulgaryzmów wydobywających się z jej ust, albo szybko uchylała przed przedmiotami szybującymi w stronę ekranu. Gdyby wzrok mógł zabijać, Gregor Schlierenzauer padłby trupem zanim jeszcze odniósł swoje pierwsze zwycięstwo. Przy czterdziestym zostałby już po nim chyba tylko ogromny lej w ziemi. Ochoczo wierzyła i zastawiała się wszystkimi spiskami o słoweńsko-austriackiej mafii, która go promowała. O Walterze Hoferze, który, jak tylko mógł, pomagał swojemu pupilkowi. To nie Gregor był wielki, to inni po prostu pomagali mu zwyciężać. Za żadne skarby świata nie chciała przyznać, że jest po prostu dobry... Świetny... Lepszy!
Aż w końcu chyba się z tym jakoś pogodziła. Oswoiła myśl, że jej mały człowieczek nie jest numerem jeden, że to ten przeklęty Aut nim jest. Wciąż go nienawidziła, wciąż była wściekła, ale stał się po prostu dawno oswojonym złem. Złem, z którym przeżyła dziesięć lat.
Uniosła lekko ręce do góry i pomachała nimi przed nosem głównego zainteresowanego.
- To co, za Prevca też trzymam kciuki? Rany, Itka, podmienili cię, czy jak?
- Za ciebie je trzymam, kretynie! Nie chcę, żeby ten burak wygrał. Nie chcę, żeby bił twoje rekordy. Nie chcę, żeby kiedykolwiek, ktokolwiek nazywał go od ciebie lepszym. Ty jesteś najlepszy. - Widziała, jak zszokowały go te słowa. Omal nie rozdziawił gęby jak kretyn ze zdziwienia. Może nie znał jej tak dobrze, jak Simon, ale na pewno zdawał sobie sprawę ile kosztowało ją pogodzenie się z tą myślą. Z uznaniem go za lepszego od Adama. - Zawrzyjmy układ. Ja opowiem ci, co stało się w Vancuver, a ty wrócisz na skocznię.
- Mała szantażystka!
*************************************


Powinnam tu chyba walnąć jakąś ciekawą przemowę, ale myślę, że to co chciałam powiedzieć, jest w tekście. Niby wymyślonym, a jednak chyba pierwszy raz się tak wywnętrzniłam. Nie było łatwo, bo chciałam, aby było idealnie. 
Trudno, jest jak jest. Mam nadzieję, że choć troszeczkę oddałam to, co chciałam powiedzieć.