Zmusiłaś mnie do wyboru
pomiędzy miłością i skokami, Itka, a ja się nawet nie zawahałem.
Rozumiesz? Nie zawahałem się ani sekundy. Byłem wściekły, tak
cholernie na ciebie wściekły, ale nawet przez myśl mi nie
przeszło, żeby ratować ten związek kosztem kariery.
Jak
miałem żyć z kobietą, wiedząc, że była tylko drugą
opcją?
***
Pamiętam,
jak pierwszy raz zobaczyłam go na skoczni. Mały, niepozorny
człowieczek w za dużym kasku i śmiesznych goglach. Nie miał
skrzydeł, a mimo to szybował w powietrzu. Z zadziwiająca lekkością
łamiąc odwieczne prawo grawitacji, wprawiając w osłupienie i
dokonując rzeczy z pozoru niemożliwych.
Mój
mały bohater.
Leć...
Jeszcze kawałeczek! Jeszcze odrobinkę
– krzyczałam co sił, wiercąc się nerwowo na starej kanapie i
zaciskając małe piąstki tak mocno, że gdyby nie mój ówczesny,
wyjątkowo paskudny nawyk obgryzania paznokci, zapewne rozorałabym
sobie całe dłonie. Wiem, bo w późniejszych czasach doświadczyłam
tego nieraz.
Najsłodszy
ból kibica, kiedy kciuki okazują się być tymi szczęśliwymi.
Wtedy
takie nie były.
Nie
pamiętam, które ostatecznie zajął miejsce. Trzecie? Piąte?
Dwudzieste? Prawdę mówiąc, nie mam nawet bladego pojęcia, gdzie
obywał się konkurs, aby móc to dzisiaj sprawdzić. Wiem tylko, że
nigdy nie zapomnę tej goryczy zawodu, tych palących łez
rozczarowania oraz kiełkującej gdzieś na dnie serca nienawiści
wobec gościa z logiem Red
Bulla na czapce.
Gościa, który wygrał – nie po raz pierwszy i zdecydowanie nie
ostatni – który w tamtych czas był po prostu nie do zdarcia w
swoim dumnym i pewnym marszu po trzecią Kryształową Kulę w życiu.
Gościa, który miał czelność okazać się lepszy od mojego
ulubieńca.
Chyba
byłam jeszcze zbyt młoda, aby zrozumieć, co się ze mną dzieje.
Domyślić się, że właśnie trafiła we mnie moja pierwsza
sportowa strzała pyzatego amorka. Pierwsza, ale najpotężniejsza ze
wszystkich. Skoczne zauroczenie równie niewinne co przerażające w
swym szaleństwie. Nie mogłam przecież przewidzieć, że patrzę na
faceta, który kiedyś wywróci moje życie do góry nogami,
zmieniając w nim dosłownie wszystko. Nie mogłam! Wyłączyłam
więc telewizor, wrzuciłam na siebie ciepłą kurtkę i wyszłam na
podwórko poskakać z koleżankami w gumę.
Mały
człowieczek znikł z mojego życia na ładnych kilka lat.
„Oszalały flagi,
wstrzymał oddech świat.
Tłum na dole krzyczy,
że ty jesteś nasz.”
Jedno
zimowe popołudnie. Cisza pustego domu i białe płatki śniegu
wirujące za oknem. Włochaty koc otulający drobne ramiona i ciepła
herbata grzejąca dłonie. Na szklanym ekranie niestrudzony John
McClane po raz kolejny na bosaka ratował sterroryzowaną Nakatomię,
ale tym razem Nowy Rok wybrał sobie zupełnie innego bohatera.
Niewielkiego, drobniutkiego i nieobliczalnego chłopaka z gór,
tnącego niemieckie niebo w swoim rekordowym skoku po miejsce na
kartach historii zimowych sportów.
Mój
mały człowieczek wrócił, a ja nie byłam już w stanie tak po
prostu wyłączyć telewizora i wyjść. Zostałam więc.
Na
dekorację.
Na
kolejny konkurs.
Do
końca sezonu.
Na
kilka najwspanialszych lat mojego życia.
I
nieważne, że wielu nie rozumiało mojej szalonej fascynacji tym
sportem; że wraz z kolejnym 'dzisiaj
nie mogę', 'może później', 'po zawodach' liczba
przyjaciół, którym wciąż chciało się czekać topniała niczym
góra lodowa na Saharze; że na początku tego wszystkiego mało nie
puściłam rodziców z torbami, bo Internet był nowinką pracującą
na modemie i kosztującą krocie za każdą minutę użytkowania, a
ja najchętniej całymi godzinami przesiadywałabym na moim ukochanym
forum skijumping. Nieważne, bo w końcu znalazłam swoje miejsce na
ziemi.
Mój malutki, zimowy świat.
Byłam tylko ja i garstka
latających wariatów z telepudła.
Ja i skoki.
Ja i on!
Wcale nie pytał, czy może
skraść moje sportowe serce. Podbił je dokładnie tak, jak tamtego
dnia wdarł się na podium. Szturmem! Bez jakiegokolwiek ostrzeżenia,
zbędnych skrupułów czy strachu wobec ówczesnych gigantów tej
dyscypliny. Zagarnął je tylko dla siebie i zawłaszczył na długie
lata, dokładnie tak jak pierwsze miejsce w Pucharze Świata, które
od dłuższego czasu niemal niezmiennie należało do któregoś z
naszych zachodnich sąsiadów. Tylko że ja, w przeciwieństwie do
nich, bynajmniej nie zamierzałam się przed tym bronić. Uwielbiałam
to uczucie. Te rozpalone od emocji policzki, wrzaski radości oraz
łapanie się za głowę w geście niedowierzania, kiedy przekraczał
kolejne granice, bił następne rekordy i tworzył najpiękniejszą
historię z możliwych. Cieszyłam się każdą nieszczędzoną łzą,
zarówno tą przepełnioną radosnym wzruszeniem, jak i nutką
rozgoryczenia. Tak, czasem zdarzało mu się przegrać, ale nigdy nie
poddawał się w walce. Lubiłam nawet te wszystkie szramki na
wnętrzu dłoni, bo przecież symbolizowały te szczęśliwe kciuki.
Z radością oddałam mu swoje
serce, w zamian tak naprawdę nie oczekując nic, a dostając więcej
niż kiedykolwiek mogłabym sobie wymarzyć.
Co więc mogę rzec?
Byłam,
jestem i zawsze będę cholernie dumna z tego, że mogłam mu
kibicować, że wybrałam go sobie na bohatera. Sprawił, że
największym szczęściem oraz zaszczytem było przywdziewanie
biało-czerwonych barw, unoszenie polskiej flagi wysoko do góry i
śpiewanie Mazurka z ręką przyłożoną do Orzełka na piersi.
Przyciągnął mnie do skoków niczym magnes i już nic nigdy miało
nie być takie samo, nikt równie ważny. Żaden sportowiec nie miał
najmniejszego prawa, aby kiedyś go zastąpić. NIGDY! Wiedziałam,
że kiedy mój mały człowieczek odejdzie ze skoków, ja już nigdy
nie zacisnę kciuków równie mocno, nie przeleję więcej ani jednej
szczęśliwej łzy, nie wykrzyknę z triumfem równie głośno. Moje
skoki to był ON.
Na zawsze.
Czy żałuję?
Na
pewno nie tego, że go pokochałam. Że przeżyłam najwspanialsze
dziesięć lat śledząc, a później również komentując jego
zmagania na skoczniach całego świata. Nie żałuję tego ani
odrobinkę. Wstyd mi jednak, że nie zauważyłam, kiedy ta miłość
zamieniła się w obsesję, a zwykła sportowa walka w wojnę na
śmierć i życie. Przegapiłam chwilę, kiedy wpadłam w paskudny
trójkąt, z którego nie było już wyjścia. Zraniłam zbyt wielu
ludzi, bo skoki zawsze musiały być najważniejsze, bo ON
nie mógł mieć sobie równych. Nienawidziłam każdego, kto miał
czelność wygrywać z moim małym człowieczkiem.
***
To wcale nie tak, Simi, że
cię nie lubiłam. Myślę że już przed Vancuver zrodziły się we
mnie jakieś uczucia, po prostu skoki jak zawsze okazały się
ważniejsze.
Bo jeśli ktoś myśli, że
związek ze sportowcem skazuje na wieczne bycie drugą opcją, niech
spróbuje pokochać szaloną fankę.
Nie swoją!
***
tylu pięknych chwil
nieprzytomnych wzruszeń
twoich wielkich dni.”
- Czy mi się zdaje, czy ty
naprawdę trzymasz za niego kciuki? No kurde, nie wierzę! Aida
Roztropek trzyma kciuki za Simona Ammanna. Świat się kończy!
Niechętnie
oderwała wzrok od dużego telebimu, gdzie doskonale znany wszystkim
Szwajcar gramolił się właśnie na belkę startową, i posłała
swojemu towarzyszowi zaskoczone spojrzenie. Widział, jak przez
ułamek sekundy się zawahała. Przecież kiedyś za takie słowa
nieźle by mu się oberwało. Tyle tylko że kiedyś po prostu nie
trzymała kciuków za Ammanna. Nie bywała gościem
na zawodach. A już z całą pewnością za towarzystwo nie robił
jej Gregor Schlierenzauer. Uśmiechnęła się więc szeroko i
zacisnęła mocniej piąstki na szczęście.
Kiedyś
już nie istniało!
Nie po tym, jak Simon upadł w
Bischofschofen, a do niej dotarło, że przecież go nie przeprosiła
i może już nigdy nie mieć okazji tego zrobić.
Nie po tym, jak Gregor ogłosił
zawieszenie kariery, a ona poczuła dziwną pustkę, bo nagle zdała
sobie sprawę, że chyba tylko kibicowanie przeciwko tej zakazanej,
austriackiej mordzie było równie emocjonujące, co wspieranie jej
małego człowieczka.
A przede wszystkim, nie po tym,
jak jej bohater odwiesił narty na kołek.
Stała więc teraz pod skocznią
noszącą imię tego najważniejszego w jej życiu, gorąco
dopingując tego, któremu oddała swoje sportowe serducho
zdecydowanie zbyt późno i zawierając bezgłośny rozejm z tym, o
którym bez zająknięcia mogła powiedzieć, że nienawidziła go w
skokach najmocniej ze wszystkich.
- Nieważne co się stało w
Vancuver, Simon to mój przyjaciel – rzuciła, nerwowo przeskakując
z nogi na nogę i czując, jak za długie paznokcie pomimo rękawiczek
wbijają jej się w skórę dłoni.
- Daj spokój, Itka – roześmiał
się kpiąco Austriak. - Nienawidziłaś go! Nienawidziłaś go tak
samo jak mnie, Thomasa, Andersa, czy Janne. A wcześniej pewnie też
Svena, Martina i Goldiego. Nienawidziłaś każdego, kto miał odwagę
zagrozić Małyszowi. Jeden lepszy skok i plułaś jadem na prawo i
lewo. Zerwałaś i zmieszałaś z błotem Mattiego, po tym jak wygrał
w Zakopanem. Nawet twoje rozstanie ze Stephanem było ponoć jakieś
dziwne i niekoniecznie przypadkowe. Nie ściemniaj więc, że Simon
był wyjątkiem. Nie po tym, co odwaliłaś na Olimpiadzie. Spójrz
mi w oczy i powiedz, że nie poprosiłaś go, żeby przegrał złoto.
Jej
cichutkie i raczej mało przekonujące nie
utonęło w morzu krzyków oraz wiwatów, bo po całkiem ładnej
próbie Szwajcara, na górze rozbiegu pojawił się Peter Prevc.
Licznie zgromadzeni pod skocznią w Wiśle Malince słoweńscy kibice
z werwą i oddaniem wspierali swojego ulubieńca, a ona przypomniała
sobie nagle po co, poza przeproszeniem Simiego, zdecydowała się
przyjechać na zawody. Dlaczego po sześciu latach skrzętnego
unikania latającego cyrku, drżącą dłonią wykręciła numer,
którego planowała nie użyć nigdy w życiu, i nieśmiało
poprosiła, aby był tu razem z nią. Nie puściła więc kciuków,
bo choć zajmowana po pierwszej serii pozycja, raczej nie dawała mu
większych szans na zwycięstwo, w tym sezonie Peter dokonywał
rzeczy szalonych i z pozoru całkowicie niemożliwych, a ona tak
bardzo nie chciała, aby odniósł swoje czternaste zwycięstwo,
bijąc tym samym gregorywy rekord. Na pewno nie tu. Nie na polskiej
ziemi, nie na skoczni Adama.
Przez dziesięć lat zrodziło
się w niej wiele uczuć wobec Austriaka. Niechęć, pogarda,
wściekłość, odraza i nienawiść. Na antenie musiała się
jeszcze pilnować, ale później, kiedy już zasiadała tylko przed
telewizorem, wszystkie hamulce w niej puszczały. Rodzina nieraz
zamierała w osłupieniu za sprawą wulgaryzmów wydobywających się
z jej ust, albo szybko uchylała przed przedmiotami szybującymi w
stronę ekranu. Gdyby wzrok mógł zabijać, Gregor Schlierenzauer
padłby trupem zanim jeszcze odniósł swoje pierwsze zwycięstwo.
Przy czterdziestym zostałby już po nim chyba tylko ogromny lej w
ziemi. Ochoczo wierzyła i zastawiała się wszystkimi spiskami o
słoweńsko-austriackiej mafii, która go promowała. O Walterze
Hoferze, który, jak tylko mógł, pomagał swojemu pupilkowi. To nie
Gregor był wielki, to inni po prostu pomagali mu zwyciężać. Za
żadne skarby świata nie chciała przyznać, że jest po prostu
dobry... Świetny... Lepszy!
Aż w końcu chyba się z tym
jakoś pogodziła. Oswoiła myśl, że jej mały człowieczek nie
jest numerem jeden, że to ten przeklęty Aut nim jest. Wciąż go
nienawidziła, wciąż była wściekła, ale stał się po prostu
dawno oswojonym złem. Złem, z którym przeżyła dziesięć lat.
Uniosła lekko ręce do góry i
pomachała nimi przed nosem głównego zainteresowanego.
- To co, za Prevca też trzymam
kciuki? Rany, Itka, podmienili cię, czy jak?
- Za ciebie je trzymam, kretynie!
Nie chcę, żeby ten burak wygrał. Nie chcę, żeby bił twoje
rekordy. Nie chcę, żeby kiedykolwiek, ktokolwiek nazywał go od
ciebie lepszym. Ty jesteś najlepszy. - Widziała, jak zszokowały go
te słowa. Omal nie rozdziawił gęby jak kretyn ze zdziwienia. Może
nie znał jej tak dobrze, jak Simon, ale na pewno zdawał sobie
sprawę ile kosztowało ją pogodzenie się z tą myślą. Z uznaniem
go za lepszego od Adama. - Zawrzyjmy układ. Ja opowiem ci, co stało
się w Vancuver, a ty wrócisz na skocznię.
- Mała szantażystka!
*************************************
Powinnam tu chyba walnąć jakąś ciekawą przemowę, ale myślę, że to co chciałam powiedzieć, jest w tekście. Niby wymyślonym, a jednak chyba pierwszy raz się tak wywnętrzniłam. Nie było łatwo, bo chciałam, aby było idealnie.
Trudno, jest jak jest. Mam nadzieję, że choć troszeczkę oddałam to, co chciałam powiedzieć.
Czuję się trochę, jakbym za sprawą tego opowiadania wróciła do korzeni skocznych fanficków kompletnie zapominając, że próbuję ze swoich opowiadań zrobić coś, co chociaż w maleńkim procencie przypomina poważną literaturę. Przypomniałaś, co to tak właściwie jest ten kanoniczne sporotowe opowiadanie z miłością w tle, a nawet więcej. Przekazałaś nam tak po części, jak to wyglądało w twoich czasach, bo gdy wydarzenia z pierwszego fragmentu miały miejsca ja miałam pewnie jakieś kilka marnych latek i wciąż nie mogłam ogarnąć, o których godzinach są zawody, więc wołał mnie na nie tata i denerwował się, że jego córeczka nie kibicuje Małyszowi. Z kolei w drugim fragmencie ujawnia się przed nami akcja zasadnicza, czyli czas oczekiwania, aż wyjawisz nam, co tak naprawdę się w tym Vancouver wydarzyło. Co tak właściwie się tam wydarzyło, bo ja chyba nawet nie chcę zgadywać. I tak nie trafię.
OdpowiedzUsuńczuję, że to opowiadanie zajmie jedno z ważniejszych miejsc w moim sercu i to na długo.
OdpowiedzUsuńbo Adam - ten, dzięki któremu teraz kocham skoki tak bardzo, bo Simmi i jeszcze Gregor się przypałętał.
będę, oczywiście, że będę.
Aida, opowiadaj co działo się w tym Vancouver!
No i jestem wreszcie! Chciałoby się rzec, że jak zwykle z opóźnieniem. Widać tak już musi być :P Zobaczymy, jak to wyjdzie, bo ten komentarz powstaje już od jakiegoś czasu i może wreszcie coś z tego wyjdzie. Oby coś składnego. Bo ja tak lubię Twoje pisanie. A pod słowem lubię kryje się to, że zawsze mi jakoś cieplej na serduszku jak czytam Twoje rozdziały i sama się do siebie uśmiecham. A przecież nie zawsze jest wesoło. Ale...kurczę...no kocham to jak tworzysz kolejne światki i po prostu nie umiem inaczej tego określić. Przecież pokochałam nawet Twojego Wellingę i jeśli to nie jest największym wyznaniem pisarskiego przywiązania, to ja już nie wiem, co nim jest :P
OdpowiedzUsuńAle do rzeczy. Pięknie tu ujęłaś całą istotę kibicowania. Zwłaszcza w tym pokręconym sporcie. I przywiązywania się do ukochanej rzeczywistości. W której jest idol i są ci, którzy mu przeszkadzają. I tylko oni mogą. I jaka pojawia się pustka, kiedy powoli każdy taki element się wykrusza. Czyli coś, co przez ostatnie sezony dość mocno nas dotyka. Żadne Prevce i innne Wellingery nie zastąpią zGredzia i Autowej bandy, albo poczciwych Norków. Po prostu nie. to jest naprawdę ciekawe, jak można przywiązać się nawet do wrogów. Coś jednak jest w tym powiedzeniu 'lepszy swój wróg niż obcy'. bo jednak w jakiś pokręcony sposób jest on częścią Twojego świata.
Widzę też ile swoich emocji przelałaś na Aidę i bardzo to podziwiam, bo takie pisanie zawsze jest najtrudniejsze. Ale kto, jak nie Ty?
Simon, Simon- Ty to masz chłopie przerąbane zazwyczaj. Jak będzie tutaj? Coś mi się widzi, że wcale nie łatwo. Wybrać pomiędzy uczuciem a pasją? Niemożliwe. Absurdalne wręcz. Jak to między nimi było? Ach, Gregor, szkodniku, rozbudziłeś tylko moją ciekawość. Co stało się w Vancuver, hę? Coś Ty Itka narozrabiała? Nawet nie będę tu snuć żadnych teorii, bo za bardzo skupiłam się podczas czytania na tych wszystkich pięknych emocjach, dobrze znanych zresztą. Więc tylko będę czekać. Nieco niecierpliwie. Jak zawsze. :)
Komentarz na pewno nie taki, jak za dobrych blogowych czasów, ale nie mogłam tego zostawić bez mojego słowa. Nawet tak chaotycznego :P Więc pisz, pisz. Cokolwiek chcesz. Nawet Welliśka. Nawet Prevca. Pisz. :)
buziaki! :*
Aaaa...! Chwilę mi zajęło ogarnięcie kim jest "mały człowieczek", a tu proszę! Adaś!
OdpowiedzUsuńNo, Itka (wietne jest to zdrobnienie, świetne!) ma bardzo skomlikowaną relację z różnymi skoczkami. Ale rozumiem, że Adaś był numerem jeden i każdy kto mu zagrażał był wrogiem (teeeż tak miałam kiedyś :P). Ale czasy się zmieniają to i Itka zmiękła.
A co było w Vancuver? O tym chyba opowiesz nam w następnych rozdizałach,nie?
Czeeekam z niecierpliwnością, bo pachnie mi to dobrą historią.
Podrawiam, życzę weny i nieśmiało zapraszam do siebie ;)
E_A
świetny czekam na kolejny
OdpowiedzUsuńJak ja lubię te zagadki w twoich opowiadaniach. Może być lekko, obyczajowo, bez jakiś kryminalnych czy drastycznych wątków, a i tak jest ta nutka tajemnicy, która sprawia, że czytelniczka z góry wie, że choćby nie wiem ile wersji przewidziała to ta właściwa zaskoczy ją totalnie. A tu mamy bardzo fajne i niecodzienne połączenie. Bo zwykle opowiadania przynajmniej te dobre, skoki przedstawiają tylko w tle, jako pracę i codzienność chłopaków, a życie bohaterów i ewentualne wątki uczuciowe dzieją się jakby obok tego. Tu to kibicowanie i sportowa rywalizacja będą natomiast czymś kluczowym. I zaważą na bardzo wielu sprawach, tak sobie myślę. Bo ten pierwszy fragment, a raczej fragmencik to chyba narracja Simiego. W końcu to on był w Vancouver głównym rywalem Małysza i to on - zresztą nie tylko wtedy - odebrał mu (w sumie w dość sympatyczny sposób, choć ja tam wtedy byłam kibicem, a raczej fanką skoków zaledwie od kilku miesięcy i wyzywałam ich obu za pokonanie tej wredoty z Red-Bullem na kasku) marzenia o złocie. Tylko czy Itka (popieram, że fajne zdrobnienie) była aż tak zapalona, żeby za odebranie zwycięstwa jej rodakowi, żądać od faceta, z którym chyba coś ją połączyło, zerwania ze skokami, stanowiącymi przecież sedno jego życia? A może tego nie można czytać tak dosłownie, albo on nie zrozumiał wszystkiego i myślał, że chodziło jej tylko o sportową rywalizację? Bo samo to ‘jak żyć z kobietą, gdy stanowi tylko drugą opcję’ da się zrozumieć na wiele sposobów. A to, który jest poprawny chyba stanowi klucz do całej historii, przecież sam adres bloga na to wskazuje. Gdyby to była kontynuacja poprzedniego zdania to po prostu Aida byłaby opcją numer dwa, a tą pierwszą i w ostateczności wybraną przez niego stanowiłby sport. Zresztą to by nie dziwiło. Ale... Równie dobrze te dwa zdania mogą stać w opozycji. W sumie skłania mnie do tej opcji to, że na zdjęciu w spisie bohaterów Simi siedzi ze swoją realną żoną na kolanach. Raczej nie przez przypadek, więc ona też będzie tu występować. Więc może to Polka była tą nadrzędną opcją, a stawiając mu brutalne ultimatum ‘ten medal albo ja’, wepchnęła go w ręce innej kobiety, która mogła stanowić tylko zastępstwo i z którą nie mógł być aż tak szczęśliwy. Ewentualnie oni w ogóle mogli ze sobą nie być na serio, tylko przeżyć w Vancouver jakąś krótką fascynację i przygodę. Znany skoczek i fanka jego wielkiego rywala, możliwe. Choć widząc, że stworzyłaś kolejną charakterną kobietę, myślę że przy jej uporze i wręcz nienawiści do każdego rywala Małysza, tu musiał zadziałać jakiś mocniejszy impuls niż po prostu chwila. Chyba, że akurat to jest oczywiste, a haczyk – który jak pisałam musi mieć każda twoja historia – czai się z zupełnie innej strony.
OdpowiedzUsuńDobra, wrócę jeszcze za chwilkę do tego mojego gdybania, ale na chwilę muszę przerwać, żeby coś o tej części wspomnień sprzed telewizora i z trybun powiedzieć, bo świetnie Ci to wyszło i myślę, że wzruszyło choć troszkę każdą z nas. To, że po prostu pewnego dnia, będąc jeszcze dzieckiem przylazło się przed ekran i zostało. Na konkurs, na dekorację, na weekend, na sezon... I tak się dziwnie złożyło, że na zawsze. Bo pokochał się jakiegoś skaczącego chudzielca czy tam kilku chudzielców całym sercem. Pięknie to napisałaś, powtórzę się raz jeszcze. Tak bardzo uniwersalnie, choć pewnie prawie dla każdej z nas ten chudzielec był kimś innym. Plus jeszcze to przeplecenie skoków z grą z koleżankami w gumę. Lubię gdy w opowiadaniach tak uroczo przeplata się nagle dzieciństwo.
Ale wróćmy. Bo mamy jakiś trójkąt. Na początku byłam przekonana, że po prostu – Aida, Simek i obsesyjna, platoniczna miłość do Małysza. Ale potem po przejściu do fragmentu z Gregorem to się przestało wydawać takim pewnikiem. Bo okazuje się, że tajemnicza sytuacja z Vancouver to nie był początek jej łamania skakajcowych serc i że do tego 2010 roku, wcale nie była tylko fanką wiernie stojącą na trybunach.
Wręcz przeciwnie namieszała już wcześniej i to sporo wcześniej, skoro Schlieri wymienia nazwiska starej generacji i to nie tej ‘mojej starej’, tylko takiej, której za bardzo nawet nie kojarzę. I jeszcze ‘przed Vancouver zrodziły się już we mnie jakieś uczucia. Czyżby ona zwyczajnie kpiła sobie z rywali ukochanego, małego człowieczka, jednego po drugim uwodzić ich i zostawiając na lodzie? A oni łapali się na to, chcąc się przekonać, iż będą lepsi od swoich ośmieszonych poprzedników? Aż tu nagle zjawił się Simon i dziewczyna na serio – czego nawet nie planowała – zaczęła coś czuć. I to ona musiała zadecydować co jest pierwszym, a co kolejnym wyborem.
UsuńI jeszcze Gregor. Twoje bohaterki mają dwie wspólne cechy, które tak bardzo je wyróżniają – są twarde i uparte, oraz (no pomijając Vilmę, której plecy Wellisia ubrudzone lodami , przysłoniły rzeczywistość) nienawidzą go. Ale Itka chyba dorosła. I oswajając swoje największe zło stojąc z nim pod skocznią, chce oswoić też inne, te mniejsze, ale takie, na których bardzo jej zależy. Choć może na nic już nie liczy? Może faktycznie potrzebuje po prostu przeprosić Simona za to coś, co go przez nią spotkało? Tylko... Tylko jest jeszcze drugi powód jej przyjazdu do Wisły, którego chyba nie sposób tak sobie odgadnąć I może to przez niego, a nie sytuację ze Szwajcarem zniknęła ze skoczny go światka, tak bardzo, że spadła do roli gościa.
I ostatnie pytanie kim jest tajemniczy ktoś z Red-Bullem. Czy to szantażowanym upartym Autem❤, który sam w sobie nie uczestniczył w zdarzeniach? A w takim razie akcja z 2010 zostanie przedstawiona jako jej opowieść i jego złośliwe docinki? Czy też Małyszem-cieniem, który występował będzie znacznie bardziej jako wyobrażenie determinujące życie bohaterki, niż jako postać mająca realny i osobisty wpływ na przebieg akcji? A może to jeszcze kto inny? W końcu był na samym początku jakiś pierwszy znienawidzony z charakterystycznym kąskiem, którego niestety nie potrafię namierzyć. Patrząc na twoją miłość do pisania o najstarszej gwardii to też jest możliwe.
No, przymykam się już bo nie planowałam tyle tu bredzić i czekam niecierpliwie na ciąg dalszy. Buziaki i dużo weny;*
Okej, oczywistym jest, że takiej przemowy jak Stella nie walnę - i nawet nie będę próbować. Znam swoje możliwości xd
OdpowiedzUsuńAia, kurde, pisz to! Słuchaj Fransa i pisz!
Bo ja chcę to przeczytać. Pewnie z tragicznym opóźnieniem, jak to ostatnio (jakieś półłtora roku, fajne 'ostatnio') mam w zwyczaju, ale w końcu przecież będę się pojawiać z jakimś żałosnym komentarzem :D
Tak, ciekawa jestem tego, co wydarzyło się w Vancouver.
Platoniczna miłość pięciolatki :D No która z nas tego nie przeżywała? Ale reszta tej historii to już podejrzewam, że nie jest tak klasyczna. I proszę się nią z nami podzielić!
buziak :*