czwartek, 7 lipca 2016

3. Vancouver cz.2

Tak, Simon, żałuję!
Po Vancouver ludzie często mnie o to pytali. Zbywałam ich niedbałym wzruszeniem ramion i pozostawiałam bez odpowiedzi. Nie dlatego, że nie czułam wyrzutów sumienia, po prostu uważałam, że jesteś jedyną osobą na świecie, która powinna usłyszeć z moich ust to proste i zdecydowane TAK. Nie banda szukających sensacji dziennikarzy, nie grupa znajomych i nieznajomych, nawet nie twój trener. Tylko Ty! Jedyny, który wiedziałby, że nie chodzi o pracę. Nie o to, że straciłam nad sobą panowanie na antenie i na oczach – a raczej uszach – ponad dziewięciu milionów Polaków zwyzywałam Cię językiem godnym klasycznego menela spod sklepu. To była kropka nad i, wybuch wulkanu, w którym lawa wrzała przynajmniej od początku turnieju. Poplątałam się chyba jeszcze zanim przyjechałam do Kanady. W Whistler już tylko coraz dalej przesuwałam granicę swojej głupoty i bezczelności, popełniałam grzechy nie do wybaczenia.
Nie żałuję, że bardziej kibicowałam Adamowi, że wybrałam sport zamiast przyjaźni.
Wiem, że to rozumiałeś.
Mogłeś wmawiać sobie, że idealnie rozgradzasz życie prywatne od kariery, ale powiedz, Simi, tak szczerze:
Ile razy pojechałeś na trening, kiedy Jana leżała chora w łóżku?
Ile zgrupowań wygrało z romantyczną kolacją urodzinową/imieninową/rocznicową?
Ile walentynek spędziłeś gdzieś hen daleko na zawodach?
Ile razy zapomniałeś o jej święcie a ile o dniu, w którym zdobyłeś swoje pierwsze Olimpijskie Złoto?
Nie oszukuj się. Skoki zawsze były numerem jeden. Tylko te decyzje były zbyt oczywiste, aby uznać je za wybór.
Pokazałam Ci, jakie to uczucie przegrać z miłością do sportu.
Żałuję jednak, że zrobiłam to w tak podły sposób.
Żałuję, że Cię zraniłam.
Najbardziej żal mi jednak tego, że miałam dość odwagi, aby wyznać prawdę Janie, ale zabrakło mi jej, aby porozmawiać z Tobą. Aby przyznać się, że wtedy na dyskotece wcale nie kłamałam.
Że to, co wydarzyło się później, to jedyna chwila z całego Vancouver, której nie chciałabym wymazać z pamięci.
***

I’d take a vow of silence
I wouldn’t say a single word
Until
you really heard
If I were sorry”
[Frans – If I were sorry]
Leżała nieruchomo, z wciąż zamkniętymi oczami wsłuchując się w jego nieporadną krzątaninę. W pośpiechu zbierał rozrzucone po podłodze ubrania, próbując jednocześnie jej nie obudzić i jak najszybciej opuścić miejsce swojej zbrodni. Nie patrzył w stronę łóżka, mimo to ze wszystkich sił starała się utrzymać miarowy, senny oddech. Nie dać po sobie poznać, że też się obudziła. Niestety zaciskające się coraz mocniej zęby i przyśpieszające bicie serca skutecznie jej to utrudniały. Odetchnęła więc, chyba trochę zbyt głośno, kiedy w końcu sięgnął po kurtkę i skierował się do wyjścia. Słyszała jak przekręca klamkę, a jej drobne piąstki odruchowo zakleszczyły się na białym, zmiętym i wciąż pachnącym nim prześcieradle.
NO SPADAJ JUŻ!
- Wiem, że nie śpisz – mruknął cicho, opierając czoło o framugę drzwi. Drewniana przeszkoda dzieląca go od wolności. A przecież wystarczyło leciutko je uchylić i po prostu sobie iść. Cholerny Ammann! - Posłuchaj, Itka, ta noc...
- Była głupotą! - weszła mu pośpiesznie w słowo. Za nic na świecie nie chciała, aby padło to z jego ust. Udekorowane jakimś słodkim, wyświechtanym frazesem w stylu 'Bardzo Cię lubię, ale Jana jest miłością mojego życia' czy 'Było cudownie, ale powinniśmy o tym zapomnieć'. Serdeczne dzięki, obejdzie się bez tego. Chciała tylko wykluczyć go z walki o medale, a nie skomplikować sobie doszczętnie życie i poobijać serce. - Daj spokój, Simi, obydwoje doskonale wiemy, dlaczego to zrobiłam. - Odwrócił się powoli i po raz pierwszy tego poranka ich spojrzenia się przecięły. Lubiła jego oczy, ale nienawidziła tego, jak potrafiły ją rozczytać. Szczególnie teraz, kiedy zupełnie naga kuliła się pod kołdrą. Jakby wszystkie grzechy wypisane miała na nieokrytej niczym skórze. Szybko zarzuciła więc na siebie wyciągniętą spod poduszki koszulkę nocną i przywdziała na usta bezczelny, prowokujący uśmieszek. - Chciałam spić cię tak, żebyś dzisiaj rzygał dalej niż skakał. - Nie wyglądał na zaskoczonego czy złego. Pokręcił jedynie z rozbawieniem głową. Była tak przewidywalna w swojej adamowej obsesji, czy raczej jemu było to aż tak bardzo na rękę? Jedna niespełniona miłość mniej, jeden problem z głowy. A ich mały sekrecik co najwyżej odbije mu się czkawką podczas składania małżeńskiej przysięgi. - Nie sądziłam tylko, że aż tak nas poniesie.
Mruknął coś pod nosem, wbijając wzrok we własne stopy i nerwowo drapiąc się po karku. Widziała, jak ze sobą walczy, jak zagryza czające się na końcu języka słowa. Przecież jej wytłumaczenie było takie proste, takie pasujące im obojgu. Wypili za dużo i zrobili coś głupiego. Coś, czego oboje żałują i powinni jak najszybciej o tym zapomnieć. Tylko co z tym wszystkim, co mu powiedziała? Możne da się wymazać z pamięci przygodną noc z kobietą poznaną na imprezie, ale jak zrobić to z wyznaniem miłości swojej najlepszej przyjaciółki?
Nie zdążył podjąć decyzji. Wesoła, skoczna melodyjka z jego telefonu niespodziewanie rozerwała panującą w pomieszczeniu ciszę i zdecydowała za niego.
- Andi po mnie przyjechał. - Uśmiechnęła się i skinęła lekko głową w ramach odpowiedzi. Spokojnie mogła go teraz zniszczyć. Jednym słowem, malusieńką aluzją do wyznania prawdy Janie była w stanie rozwalić mu psychikę w drobny mak na kilka godzin przed najważniejszym konkursem sezonu. Rozpętać piekło, z którego nie dałby rady wyjść bez szwanku. Zamiast tego, podeszła do niego i mocno przytuliła. - Porozmawiamy o tym po zawodach? - Musiał, do diabła, musiał wiedzieć, czy mówiła prawdę!
- O ile mnie pamięć nie myli, po zawodach będzie już pan zaręczony, panie Ammann – palnęła, nim zdążyła ugryźć się w język. Jego oświadczyny były ostatnią rzeczą na świecie, o której chciała teraz rozmawiać.
- Tylko jeśli wygram.
- Więc pozostaje mi mieć nadzieję, że tak się nie stanie – powiedziała to tak, że przez chwilę naprawdę uwierzył. Dopiero jej cwany uśmieszek przypomniał mu, że w sprawie skoków nigdy nie chodzi o niego. Oczywiście, że będzie miała nadzieję na jego porażkę, ale tylko i wyłącznie w kwestii wygranej Adama. - Życzyłabym ci powodzenia, ale przecież mnie znasz.
Czy ona mogła być jeszcze bardziej porąbana?
Czy on mógł uwielbiać ją jeszcze mocniej?
- Itka... - rzucił jeszcze, będąc już prawie za drzwiami. – Pamiętaj tylko, co stało się, kiedy ostatni raz knułaś przeciwko rywalom Małysza.
***

If I were sorry
it would be a different story”
[Frans – If I were sorry]

- Możesz mi, do cholery, wytłumaczyć, dlaczego od rana dobija się do mnie Jana z pytaniem gdzie jesteś, bo nie może się do ciebie dodzwonić? - warknął Küttel, kiedy tylko jedna noga Simona znalazła się w jego aucie. UPS! No to chyba miał przechlapane. - Myślałem, że mam cię kryć przed trenerem, debilu, a nie przed kobietą, z która ponoć chcesz spędzić resztę życia! Gdzieś ty był całą noc?
Próbował nad tym zapanować. Naprawdę próbował z całych sił, ale szeroki, głupkowaty uśmiech mimowolnie zagościł na jego twarzy na samą myśl o tym, co lada moment miało paść z jego ust. Podobało mu się brzmienie tych słów.
- Itka wyznała mi miłość – rzucił w końcu, a Andreas z wrażenia chyba aż zapomniał, że prowadzi auto, bo omal nie władował ich w zaspę. - Możesz mnie łaskawie nie zabić tuż przed szansą na zdobycie czwartego olimpijskiego złota?
- Czy ty się słyszysz, kretynie? Ta wariatka przez tydzień traktowała cię jak największego wroga, a teraz, tak całkiem przypadkiem w noc przed najważniejszym konkursem, spotyka się z tobą i mówi, że cię kocha? Rany, Simon, nie możesz być aż tak głupi!
- Nie, Andi, to nie tak! Przyznała mi się, że wyciągnęła mnie na imprezę specjalnie, ale potem po prostu się upiła, wiesz jaki ona ma łeb, i… Dobra, może jestem naiwnym debilem, ale wierzę, że mówiła serio. Cholera, Küttel, co ja mam teraz zrobić? – Spojrzał wyczekująco na przyjaciela, jakby liczył, że ten znajdzie jakiś złoty środek. Nie żałował ostatniej nocy, ale też nie było tak, że nagle go olśniło, że zdał sobie sprawę z miłości do Aidy, a kilka cudownych lat z kobietą jego życia poszło w odstawkę. – Kocham Janę! Kurde, byłem tego pewien jak niczego innego na świecie. Kocham ją i chcę się z nią ożenić, ale…
- Ale to Itka – zakończył za niego kumpel, wciąż z rezygnacją i niedowierzaniem kręcąc głową. Lubił panienkę Roztropek. Naprawdę ją lubił, ale jeśli chodziło o rywalizację z Małyszem po prostu jej nie ufał. Zbyt dobrze wiedział do czego jest zdolna i bał się, że nie zawaha się nawet zranić Simona, aby tylko osiągnąć swój cel. – Wpakowałeś się w niezłe bagno, młody i nie mam pojęcia, co ci poradzić. Jana to wspaniała kobieta i wiem, że byłeś z nią naprawdę szczęśliwy, więc, proszę cię, nie spieprz tego i nie zrań jej. Nawet jeżeli jesteś w stanie zrobić wszystko, żeby nie stracić Aidy.
Przegrać medal i zostawić ukochaną…
Wszystko to wielkie słowo.
***

Wiesz dlaczego jeszcze rozstałem się z Janą?
Rozmawiałem kiedyś z Adamem. Podejrzewał, że poprosiłaś mnie o przegranie tego konkursu, a ja się nie zgodziłem.
Powiedziałem mu prawdę.
Zadał mi wtedy tylko jedno pytanie. Jedno, cholernie proste pytanie:
A gdyby cię poprosiła?
Co bym zrobił, gdybyś zamiast kłamać, knuć i kręcić po prostu poprosiła, żebym przegrał?
Nigdy mu nie odpowiedziałem.
Bo nie wiem.
Skoki to nie szachy, Itka. Nie siadasz na belce, aby kalkulować. Siadasz, żeby polecieć jak najdalej.
Zaczniesz kombinować w powietrzu i sklepiesz bulę. Zamiast drugiego miejsca, zajmiesz trzydzieste. A my, do licha!, walczyliśmy o medale olimpijskie.
Dlatego nie mam pojęcia, co bym zrobił, ale pamiętam tamten poranek. To poczucie, że jestem gotów dla Ciebie na wszystko.
I pamiętam słowa trenera, po pierwszym skoku:
A spróbuj tylko zepsuć dla niej drugą serię, to ci nogi z dupy powyrywam!
Nie mogłem być z kobietą, która przegrała z miłością do sportu, wiedząc, że dla innej byłem gotów przegrać Olimpijskie Złoto.
Gdybyś poprosiła...
Nie, chwila, Ty nawet prosić nie musiałaś...
Znałem Cię.
Wystarczyło, żebyś nie zachowała się jak wredna suka.

********
Myślałam, że zmieszczę się z tą kanadyjską częścią w dwóch rozdziałach, ale bardzo nie lubię tworzyć takich wielostronicowych kombajnów. Dlatego postanowiłam nieco dłużej się nad Wami poznęcać i rozłożyć to na dwa kawałki. Co prawda tą końcówką już chyba całkowicie się zdradziłam, ale trudno. Nie o niespodzianki w tej historii chodzi.
W każdym razie, mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze w ogóle jest i chce to czytać.
Miłego słuchania Fransa :D Musiałam!

środa, 18 maja 2016

2. Vancouver cz.1

Z dedykacją dla Stelli

Adam Małysz prowadzi!!! Dwieście sześćdziesiąt dziewięć i pół... Półtora punktu! Ależ fantastyczne, ależ fantastyczne. Aż nam Itka zaniemówiła. Żebyście ją państwo mogli teraz zobaczyć! Istna kulka szczęścia... Jest medal! Proszę państwa, jest medal!Teraz kto... Kto?... Uhrmann? Czy wytrzyma Uhrmann?
[W. Szaranowicz & inwencja twórcza; 13.02.2010 Vancouver-Whistler]

Michael ruszył, pozostawiając Simona na szczycie rozbiegu zupełnie samego.
Osiem lat i prawie dwa tysiące kilometrów różnicy, a on znalazł się dokładnie w tym samym miejscu co wówczas. Ostatni zawodnik finałowej rundy konkursu olimpijskiego na skoczni normalnej. Jego kropka nad i w boju o pierwsze kanadyjskie Złoto. O trzeci najcenniejszy medal Igrzysk w jego kolekcji. Amerykańskie obiekty chyba przynosiły mu szczęście.
Wsunął się na belkę, myśląc o Janie. O SWOJEJ Janie. Zawsze, wręcz obsesyjnie, starał się oddzielać życie prywatne od sportowej kariery. Owszem, miło było wiedzieć, że tam na dole stoi ktoś – ten najważniejszy ktoś na świecie – kto niemal wyłamuje sobie palce, ściskając kciuki za twoje szczęście. Ta wyjątkowa osoba, która wspiera cię całym sercem i w ramionach której będziesz mógł świętować sukces albo opłakiwać porażkę. Miło... Ale na jego starty nie miało to żadnego wpływu. To była sprawa pomiędzy nim a skocznią. Nim a powietrzem. Nim a jego formą. Miłość do Jany nie miała z tym nic wspólnego.
Dlaczego więc tym razem chciał, aby było inaczej? Co małe, pluszowe pudełeczko w kształcie serca robiło na dnie jego walizki właśnie tutaj, w Whistler, a nie schowane gdzieś w mieszkaniu w Szwajcarii? Czemu postanowił oświadczyć się jej akurat podczas najważniejszej imprezy sezonu, splatając ze sobą dwa szczęścia oraz dwa światy, które dotąd tak uparcie od siebie oddzielał?
Nigdy nie odpowiedział sobie na te pytania.
Odepchnął się mocno i pomknął w dół, stoczyć swoją najukochańszą z walk.
Skoki zawsze były numerem jeden.

Mocno wyszedł z progu... I jest Mistrzem Olimpijskim. Brawo! Simi jest wielki. Adam jest wielki! Schlierenzauer jest wielki. Wielka trójka na podium...
[W. Szaranowicz; 13.02.2010 Vancouver-Whistler]

Igrzyska Olimpijskie. Ameryka Północna. Najwyższy stopień na pudle. I jego ulubiony facet z wąsem zaledwie o kroczek niżej. Jakby ktoś cofnął czas, a on znów był tym szalonym, nieprzewidywalnym dwudziestolatkiem, który zrobił psikusa całemu skocznemu światu i zagarnął całe show dla siebie. Nieważne, że tym razem jego zwycięstwo nie było już żadną sensacją, że przecież przyjechał do Kanady jako lider Pucharu Świata oraz główny kandydat do medali. Po wszystkim i tak czuł dokładnie to samo, co w Park City. Szok i niedowierzanie.
Naprawdę mu się udało? Dał radę pokonać Adama i Gregora? Zdobył trzecie indywidualne Złoto Igrzysk Olimpijskich?
Nie docierało to do niego! Nie docierało nawet wtedy, gdy na monitorze wyświetliła się ta, tak upragniona JEDYNKA, a oszalały z radości Küttel wleciał na zeskok i zaczął ściskać go tak mocno, że omal nie pogruchotał mu kości. Ani kiedy wpadł w ramiona szczęśliwej Jany, która szepcząc gratulacje, składała na jego ustach słodkie pocałunki. Nie dotarło nawet wówczas, gdy odruchowo szczerząc swoje wielkie zęby, wskoczył na podium i w triumfalnym geście uniósł narty w górę.
Może to tylko piękny sen, z którego lada moment miał się wybudzić?
Nie! On wygrał naprawdę!
Zrozumiał to tuż przed konferencją. Zrozumiał, zerkając w te błękitne oczy po brzegi wypełnione pogardą i nienawiścią. Jej jedno, wściekle lodowate spojrzenie uświadomiło mu to znacznie lepiej aniżeli tysiące słów pochwał i gratulacji. Pokonał Małysza, a ona miała ochotę po prostu go za to zabić.
- Itka – mruknął odruchowo, choć doskonale wiedział, że w ten sposób jedynie daje jej szansę na mocniejszy i bardziej bolesny policzek.
- Wal się, Ammann – prychnęła, rzucając w niego trzymanymi w dłoni kwiatkami z dekoracji i odwracając się na pięcie. - Sukinsyn – syknęła jeszcze pod nosem w nieznanym mu języku i po prostu odeszła.
Jak wielkim był idiotą, wierząc, że ich przyjaźń coś dla niej znaczy? Że może okazać się ważniejsza od sportu? Naiwny kretyn! Przecież doskonale wiedział, jak paskudnie rozstała się z Mattim, po jego kilku spektakularnych zwycięstwach. Jak żarła się z Andersem, kiedy toczył z Polakiem walkę o Kryształową Kulę. Nie wspominając już o tym, jak latami traktowała Thomasa i Gregora. Aida była w stanie wybaczyć wiele, ale na pewno nie próbę bycia lepszym od jej ulubieńca. Czemu więc z nim miałoby być inaczej? Niby z jakiej okazji on miałby okazać się jakimś cholernym wyjątkiem?
Bo mi obiecałaś! Obiecałaś, cholero jedna. Pamiętasz? Tamtej nocy, kiedy zrozumiałaś, że Stephan naprawdę z tobą zerwał. Że to nie była tylko kolejna wielka kłótnia, po której kiedyś się pogodzicie. Że tym razem po prostu przegięłaś. Twoja obsesja na punkcie Adama w końcu was zniszczyła.
Naszej przyjaźni miało to nigdy nie spotkać. Miała być nie do zdarcia.
Siedem lat!
Wytrwali niesamowite siedem lat. Pełne wzlotów i upadków, śmiechu i płaczu, szczęścia i rozczarowań. Jej wsparcie nieraz pomagało mu wziąć się w garść i zacząć walczyć, a rozzłoszczona minka najlepiej ze wszystkiego uświadamiała, że znów mu się udało. Kilka razy zdarzyło mu się nawet bezpośrednio pokonać Małysza. Dąsała się wtedy, gderała zawzięcie pod nosem, ale nie przekreśliła tej znajomości, nie odwróciła się od niego. Nigdy! Nawet po Sapporo, gdzie zgarnął złoty medal Mistrzostw Świata. Medal, który przed konkursem wszyscy zgodnie wieszali na szyi jej rodaka. Poboczyła się wtedy na niego przez kilka dni, aż przyszedł konkurs na normalnym obiekcie, wielkie show z nowym rekordem i zdecydowaną wygraną jej ukochanego Orzełka z Wisły. Pstryk... znów się lubili.
Czyli co? Teraz też miał na to liczyć? Miał przegrać z Adamem, żeby ją odzyskać?
Sport albo przyjaźń!
***

Roześmiała się, wyrzucając ręce wysoko nad głowę i obracając wokół własnej osi. Kusa, plisowana spódniczka falowała wokół jej ud, usta z lekkim opóźnieniem wtórowały słowom lecącej piosenki, a oczy lśniły radośnie. Ze szczęścia i za sprawą alkoholu, którego z całą pewnością nie szczędzili sobie tej nocy.
Do diabła, smażyłby się w piekle za kłamstwo, gdyby stwierdził, że nie wyglądała w tym momencie najpiękniej na świecie!
Wiedział, że to co robi jest głupotą i totalnym szaleństwem, a jednak nie zawahał się ani chwili, gdy przeczytał od niej wiadomość. Może to przez fakt, że od tygodnia nie tylko się do niego nie odzywała, ale wręcz traktowała jak wielkie, zgniłe jajo. A może był po prostu tak pewny siebie przed nadchodzącymi zmaganiami na dużej skoczni, że wiedział, iż to ich ostatnia wspólna noc. Za kilka godzin planował zdobyć kolejny złoty medal i stracić ją bezpowrotnie. Nie myślał więc o konsekwencjach, po prostu chciał spędzić z nią te ostatnie wspólne chwile.
Wariat z ciebie, ale spoko, będę Cię krył’ – rzucił mu Andreas tuż przed wyjściem, a on nagle poczuł się jak szuja, bo przecież Küttel musiał myśleć, że wymyka się do Jany. Do swojej ukochanej, z którą planował spędzić resztę życia. Do kobiety, której zaledwie pół godziny wcześniej napisał, że kładzie się spać, bo musi wypocząć przed zawodami. Nie zatrzymało go to jednak w pokoju, nie powstrzymało przed popełnieniem największego błędu w życiu.
Północ minęła już dawno, a on wciąż szalał na parkiecie z Itką. Otumaniony czarującą wonią jej perfum, kuszony zmysłowymi ruchami bioder i szelmowskim uśmieszkiem. A najgorsze było to, że choć doskonale zdawał sobie sprawę z jej wrednej gierki, czuł się względem niej całkowicie bezbronny. Albo po prostu nie chciał się bronić? Kochał Janę. Cholera, przecież był tego pewien jak niczego innego na świecie. Tylko że zanim ta wspaniała Rosjanka pojawiła się w jego życiu, przez wiele lat czuł coś do Aidy. Od głupiutkiego zauroczenia partnerką jednego z jego skocznych rywali w Park City po strach, że dwoma słowami zrujnuje ich przyjaźń.
Skoro teraz i tak miała legnąć w gruzach…
- Cześć mój mistrzu – zachichotała, wtulając się w niego niczym mały kociak. No tak, w swoim przebiegłym planie nie uwzględniła chyba tego jednego, malutkiego szczególiku. On latami łączył zakrapiane imprezy ze skakaniem, a ona miała wyjątkowo beznadziejną głowę. Jeśli więc planowała wykończyć go alkoholem, troszeczkę się przeliczyła. – Znęcasz się nade mną draniu! Tak nie można…
- Ten sport to moje życie, nie rozumiesz? Nie mogę… - urwał, czując na ustach delikatne muśnięcie jej warg. Przemknęło mu przez myśl, że smakuje jak kokosowy drink, który tak lubiła, po czym po prostu przyciągnął ją do siebie i pocałował znacznie odważniej.
- Czemu mi to robisz, do licha? Czemu? – prychnęła, kiedy odsunęli się w końcu od siebie. Wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać, a on w tym momencie był chyba gotów nawet obiecać jej, że już nigdy, przenigdy nie pokona Adama. – Jestem dość dobra, żeby się ze mną pobawić, wyjść na piwo, potańczyć, ale już nie dość dobra, żeby mnie kochać? Mam dość, Simon! Dość ciągłej wojny z Janą o ciebie. Dość udawania, że nie boli mnie słuchanie, jak planujesz się jej oświadczyć, jak za nią szalejesz. Nie mam już siły być tą drugą. TYLKO przyjaciółką. Przykro mi.
Stał jak skamieniały, kiedy wyrywała dłoń z jego uścisku, ocierała łzę, odwracała się na piecie i znikała w tłumie bawiących się wokoło ludzi.
*********************

Nie będzie komentarza do tego powyżej, bo jestem zbyt wstawiona.
Mam tylko nadzieję, że nie zraziło Was oczekiwanie prawie 2 miesiące na ten rozdział i jest jeszcze ktoś, kto ma ochotę czytać te masakrę.

piątek, 25 marca 2016

1. Mój mały człowieczek.

Zmusiłaś mnie do wyboru pomiędzy miłością i skokami, Itka, a ja się nawet nie zawahałem. Rozumiesz? Nie zawahałem się ani sekundy. Byłem wściekły, tak cholernie na ciebie wściekły, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby ratować ten związek kosztem kariery.
Jak miałem żyć z kobietą, wiedząc, że była tylko drugą opcją?

***

Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłam go na skoczni. Mały, niepozorny człowieczek w za dużym kasku i śmiesznych goglach. Nie miał skrzydeł, a mimo to szybował w powietrzu. Z zadziwiająca lekkością łamiąc odwieczne prawo grawitacji, wprawiając w osłupienie i dokonując rzeczy z pozoru niemożliwych.
Mój mały bohater.
Leć... Jeszcze kawałeczek! Jeszcze odrobinkę – krzyczałam co sił, wiercąc się nerwowo na starej kanapie i zaciskając małe piąstki tak mocno, że gdyby nie mój ówczesny, wyjątkowo paskudny nawyk obgryzania paznokci, zapewne rozorałabym sobie całe dłonie. Wiem, bo w późniejszych czasach doświadczyłam tego nieraz.
Najsłodszy ból kibica, kiedy kciuki okazują się być tymi szczęśliwymi.
Wtedy takie nie były.
Nie pamiętam, które ostatecznie zajął miejsce. Trzecie? Piąte? Dwudzieste? Prawdę mówiąc, nie mam nawet bladego pojęcia, gdzie obywał się konkurs, aby móc to dzisiaj sprawdzić. Wiem tylko, że nigdy nie zapomnę tej goryczy zawodu, tych palących łez rozczarowania oraz kiełkującej gdzieś na dnie serca nienawiści wobec gościa z logiem Red Bulla na czapce. Gościa, który wygrał – nie po raz pierwszy i zdecydowanie nie ostatni – który w tamtych czas był po prostu nie do zdarcia w swoim dumnym i pewnym marszu po trzecią Kryształową Kulę w życiu. Gościa, który miał czelność okazać się lepszy od mojego ulubieńca.
Chyba byłam jeszcze zbyt młoda, aby zrozumieć, co się ze mną dzieje. Domyślić się, że właśnie trafiła we mnie moja pierwsza sportowa strzała pyzatego amorka. Pierwsza, ale najpotężniejsza ze wszystkich. Skoczne zauroczenie równie niewinne co przerażające w swym szaleństwie. Nie mogłam przecież przewidzieć, że patrzę na faceta, który kiedyś wywróci moje życie do góry nogami, zmieniając w nim dosłownie wszystko. Nie mogłam! Wyłączyłam więc telewizor, wrzuciłam na siebie ciepłą kurtkę i wyszłam na podwórko poskakać z koleżankami w gumę.
Mały człowieczek znikł z mojego życia na ładnych kilka lat.

„Oszalały flagi,
wstrzymał oddech świat.
Tłum na dole krzyczy,
że ty jesteś nasz.”

Jedno zimowe popołudnie. Cisza pustego domu i białe płatki śniegu wirujące za oknem. Włochaty koc otulający drobne ramiona i ciepła herbata grzejąca dłonie. Na szklanym ekranie niestrudzony John McClane po raz kolejny na bosaka ratował sterroryzowaną Nakatomię, ale tym razem Nowy Rok wybrał sobie zupełnie innego bohatera. Niewielkiego, drobniutkiego i nieobliczalnego chłopaka z gór, tnącego niemieckie niebo w swoim rekordowym skoku po miejsce na kartach historii zimowych sportów.
Mój mały człowieczek wrócił, a ja nie byłam już w stanie tak po prostu wyłączyć telewizora i wyjść. Zostałam więc.
Na dekorację.
Na kolejny konkurs.
Do końca sezonu.
Na kilka najwspanialszych lat mojego życia.
I nieważne, że wielu nie rozumiało mojej szalonej fascynacji tym sportem; że wraz z kolejnym 'dzisiaj nie mogę', 'może później', 'po zawodach' liczba przyjaciół, którym wciąż chciało się czekać topniała niczym góra lodowa na Saharze; że na początku tego wszystkiego mało nie puściłam rodziców z torbami, bo Internet był nowinką pracującą na modemie i kosztującą krocie za każdą minutę użytkowania, a ja najchętniej całymi godzinami przesiadywałabym na moim ukochanym forum skijumping. Nieważne, bo w końcu znalazłam swoje miejsce na ziemi.
Mój malutki, zimowy świat.
Byłam tylko ja i garstka latających wariatów z telepudła.
Ja i skoki.
Ja i on!
Wcale nie pytał, czy może skraść moje sportowe serce. Podbił je dokładnie tak, jak tamtego dnia wdarł się na podium. Szturmem! Bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, zbędnych skrupułów czy strachu wobec ówczesnych gigantów tej dyscypliny. Zagarnął je tylko dla siebie i zawłaszczył na długie lata, dokładnie tak jak pierwsze miejsce w Pucharze Świata, które od dłuższego czasu niemal niezmiennie należało do któregoś z naszych zachodnich sąsiadów. Tylko że ja, w przeciwieństwie do nich, bynajmniej nie zamierzałam się przed tym bronić. Uwielbiałam to uczucie. Te rozpalone od emocji policzki, wrzaski radości oraz łapanie się za głowę w geście niedowierzania, kiedy przekraczał kolejne granice, bił następne rekordy i tworzył najpiękniejszą historię z możliwych. Cieszyłam się każdą nieszczędzoną łzą, zarówno tą przepełnioną radosnym wzruszeniem, jak i nutką rozgoryczenia. Tak, czasem zdarzało mu się przegrać, ale nigdy nie poddawał się w walce. Lubiłam nawet te wszystkie szramki na wnętrzu dłoni, bo przecież symbolizowały te szczęśliwe kciuki.
Z radością oddałam mu swoje serce, w zamian tak naprawdę nie oczekując nic, a dostając więcej niż kiedykolwiek mogłabym sobie wymarzyć.
Co więc mogę rzec?
Byłam, jestem i zawsze będę cholernie dumna z tego, że mogłam mu kibicować, że wybrałam go sobie na bohatera. Sprawił, że największym szczęściem oraz zaszczytem było przywdziewanie biało-czerwonych barw, unoszenie polskiej flagi wysoko do góry i śpiewanie Mazurka z ręką przyłożoną do Orzełka na piersi. Przyciągnął mnie do skoków niczym magnes i już nic nigdy miało nie być takie samo, nikt równie ważny. Żaden sportowiec nie miał najmniejszego prawa, aby kiedyś go zastąpić. NIGDY! Wiedziałam, że kiedy mój mały człowieczek odejdzie ze skoków, ja już nigdy nie zacisnę kciuków równie mocno, nie przeleję więcej ani jednej szczęśliwej łzy, nie wykrzyknę z triumfem równie głośno. Moje skoki to był ON. Na zawsze.
Czy żałuję?
Na pewno nie tego, że go pokochałam. Że przeżyłam najwspanialsze dziesięć lat śledząc, a później również komentując jego zmagania na skoczniach całego świata. Nie żałuję tego ani odrobinkę. Wstyd mi jednak, że nie zauważyłam, kiedy ta miłość zamieniła się w obsesję, a zwykła sportowa walka w wojnę na śmierć i życie. Przegapiłam chwilę, kiedy wpadłam w paskudny trójkąt, z którego nie było już wyjścia. Zraniłam zbyt wielu ludzi, bo skoki zawsze musiały być najważniejsze, bo ON nie mógł mieć sobie równych. Nienawidziłam każdego, kto miał czelność wygrywać z moim małym człowieczkiem.

***

To wcale nie tak, Simi, że cię nie lubiłam. Myślę że już przed Vancuver zrodziły się we mnie jakieś uczucia, po prostu skoki jak zawsze okazały się ważniejsze.
Bo jeśli ktoś myśli, że związek ze sportowcem skazuje na wieczne bycie drugą opcją, niech spróbuje pokochać szaloną fankę.
Nie swoją!

***

„Nie da się zapomnieć
tylu pięknych chwil
nieprzytomnych wzruszeń
twoich wielkich dni.”

- Czy mi się zdaje, czy ty naprawdę trzymasz za niego kciuki? No kurde, nie wierzę! Aida Roztropek trzyma kciuki za Simona Ammanna. Świat się kończy!
Niechętnie oderwała wzrok od dużego telebimu, gdzie doskonale znany wszystkim Szwajcar gramolił się właśnie na belkę startową, i posłała swojemu towarzyszowi zaskoczone spojrzenie. Widział, jak przez ułamek sekundy się zawahała. Przecież kiedyś za takie słowa nieźle by mu się oberwało. Tyle tylko że kiedyś po prostu nie trzymała kciuków za Ammanna. Nie bywała gościem na zawodach. A już z całą pewnością za towarzystwo nie robił jej Gregor Schlierenzauer. Uśmiechnęła się więc szeroko i zacisnęła mocniej piąstki na szczęście.
Kiedyś już nie istniało!
Nie po tym, jak Simon upadł w Bischofschofen, a do niej dotarło, że przecież go nie przeprosiła i może już nigdy nie mieć okazji tego zrobić.
Nie po tym, jak Gregor ogłosił zawieszenie kariery, a ona poczuła dziwną pustkę, bo nagle zdała sobie sprawę, że chyba tylko kibicowanie przeciwko tej zakazanej, austriackiej mordzie było równie emocjonujące, co wspieranie jej małego człowieczka.
A przede wszystkim, nie po tym, jak jej bohater odwiesił narty na kołek.
Stała więc teraz pod skocznią noszącą imię tego najważniejszego w jej życiu, gorąco dopingując tego, któremu oddała swoje sportowe serducho zdecydowanie zbyt późno i zawierając bezgłośny rozejm z tym, o którym bez zająknięcia mogła powiedzieć, że nienawidziła go w skokach najmocniej ze wszystkich.
- Nieważne co się stało w Vancuver, Simon to mój przyjaciel – rzuciła, nerwowo przeskakując z nogi na nogę i czując, jak za długie paznokcie pomimo rękawiczek wbijają jej się w skórę dłoni.
- Daj spokój, Itka – roześmiał się kpiąco Austriak. - Nienawidziłaś go! Nienawidziłaś go tak samo jak mnie, Thomasa, Andersa, czy Janne. A wcześniej pewnie też Svena, Martina i Goldiego. Nienawidziłaś każdego, kto miał odwagę zagrozić Małyszowi. Jeden lepszy skok i plułaś jadem na prawo i lewo. Zerwałaś i zmieszałaś z błotem Mattiego, po tym jak wygrał w Zakopanem. Nawet twoje rozstanie ze Stephanem było ponoć jakieś dziwne i niekoniecznie przypadkowe. Nie ściemniaj więc, że Simon był wyjątkiem. Nie po tym, co odwaliłaś na Olimpiadzie. Spójrz mi w oczy i powiedz, że nie poprosiłaś go, żeby przegrał złoto.
Jej cichutkie i raczej mało przekonujące nie utonęło w morzu krzyków oraz wiwatów, bo po całkiem ładnej próbie Szwajcara, na górze rozbiegu pojawił się Peter Prevc. Licznie zgromadzeni pod skocznią w Wiśle Malince słoweńscy kibice z werwą i oddaniem wspierali swojego ulubieńca, a ona przypomniała sobie nagle po co, poza przeproszeniem Simiego, zdecydowała się przyjechać na zawody. Dlaczego po sześciu latach skrzętnego unikania latającego cyrku, drżącą dłonią wykręciła numer, którego planowała nie użyć nigdy w życiu, i nieśmiało poprosiła, aby był tu razem z nią. Nie puściła więc kciuków, bo choć zajmowana po pierwszej serii pozycja, raczej nie dawała mu większych szans na zwycięstwo, w tym sezonie Peter dokonywał rzeczy szalonych i z pozoru całkowicie niemożliwych, a ona tak bardzo nie chciała, aby odniósł swoje czternaste zwycięstwo, bijąc tym samym gregorywy rekord. Na pewno nie tu. Nie na polskiej ziemi, nie na skoczni Adama.
Przez dziesięć lat zrodziło się w niej wiele uczuć wobec Austriaka. Niechęć, pogarda, wściekłość, odraza i nienawiść. Na antenie musiała się jeszcze pilnować, ale później, kiedy już zasiadała tylko przed telewizorem, wszystkie hamulce w niej puszczały. Rodzina nieraz zamierała w osłupieniu za sprawą wulgaryzmów wydobywających się z jej ust, albo szybko uchylała przed przedmiotami szybującymi w stronę ekranu. Gdyby wzrok mógł zabijać, Gregor Schlierenzauer padłby trupem zanim jeszcze odniósł swoje pierwsze zwycięstwo. Przy czterdziestym zostałby już po nim chyba tylko ogromny lej w ziemi. Ochoczo wierzyła i zastawiała się wszystkimi spiskami o słoweńsko-austriackiej mafii, która go promowała. O Walterze Hoferze, który, jak tylko mógł, pomagał swojemu pupilkowi. To nie Gregor był wielki, to inni po prostu pomagali mu zwyciężać. Za żadne skarby świata nie chciała przyznać, że jest po prostu dobry... Świetny... Lepszy!
Aż w końcu chyba się z tym jakoś pogodziła. Oswoiła myśl, że jej mały człowieczek nie jest numerem jeden, że to ten przeklęty Aut nim jest. Wciąż go nienawidziła, wciąż była wściekła, ale stał się po prostu dawno oswojonym złem. Złem, z którym przeżyła dziesięć lat.
Uniosła lekko ręce do góry i pomachała nimi przed nosem głównego zainteresowanego.
- To co, za Prevca też trzymam kciuki? Rany, Itka, podmienili cię, czy jak?
- Za ciebie je trzymam, kretynie! Nie chcę, żeby ten burak wygrał. Nie chcę, żeby bił twoje rekordy. Nie chcę, żeby kiedykolwiek, ktokolwiek nazywał go od ciebie lepszym. Ty jesteś najlepszy. - Widziała, jak zszokowały go te słowa. Omal nie rozdziawił gęby jak kretyn ze zdziwienia. Może nie znał jej tak dobrze, jak Simon, ale na pewno zdawał sobie sprawę ile kosztowało ją pogodzenie się z tą myślą. Z uznaniem go za lepszego od Adama. - Zawrzyjmy układ. Ja opowiem ci, co stało się w Vancuver, a ty wrócisz na skocznię.
- Mała szantażystka!
*************************************


Powinnam tu chyba walnąć jakąś ciekawą przemowę, ale myślę, że to co chciałam powiedzieć, jest w tekście. Niby wymyślonym, a jednak chyba pierwszy raz się tak wywnętrzniłam. Nie było łatwo, bo chciałam, aby było idealnie. 
Trudno, jest jak jest. Mam nadzieję, że choć troszeczkę oddałam to, co chciałam powiedzieć.

niedziela, 28 lutego 2016

Wstęp


Legendarny głos polskich skoków narciarskich.
Zadziorny, lekko zachrypnięty, na wskroś przepełniony emocjami i zdecydowanie nie przebierający w słowach.
Przez siedem lat każdej zimy gościł w naszych domach. Przybywał pod koniec listopada, witając nas gdzieś z dalekiej i mroźnej Północy, aby przez kolejne miesiące towarzyszyć nam podczas, weekendowych obiadów, leniwych wieczorów przy kominku oraz długich, nieprzespanych nocy z interkontynentalnymi zawodami. W końcu żegnał się cichutko, kusząc ostatnim spojrzeniem na skąpaną w mocnym, słoweńskim słońcu Velikankę.
Zerkaliśmy, uśmiechaliśmy się ze smutkiem i zaczynaliśmy odliczać dni do ponownego spotkania.
Ze skokami i naszym ulubionym, damskim głosikiem.
Bo któż nie pamięta tych ostentacyjnych wyjść i trzaskania drzwiami kabiny komentatorskiej? Głośnych 'poryczałam się ze szczęścia jak głupia'. dzikich okrzyków radości, czy sławetnego 'a w dupę się posmyraj tym palcem!? Ironicznych 'Proszę Państwa, cóż za emocje, cóż za konkurs... Gregor Schlierenzauer wygrywa kolejne zawody Pucharu Świata.'
I tego najważniejszego, tego czym ostatecznie pożegnała swoją pasję i wszystkich polskich kibiców:
'Pierdolony Ammann!!!'

***

Planowałam wystartować z tą historią nieco później i w znacznie szerszym wydaniu, ale ostatnio zbyt wiele rzeczy mi o niej przypomina.
Postanowiłam ją zatem nieco skrócić i pokazać Wam, zanim wrócę do Norweski.
Bo to będzie nieco inny Simon niż ten, którego poznajecie razem z Asią. 
To będzie MÓJ Simon z Olimpiady w Vancuver.

To co, chcecie zagrać z nami w tę miłosną grę? 
Chcecie przekonać się, jaką drogę przebyło moje serce od Kanady po dziś dzień?
Od pierdolonego Ammanna do tego gościa, którego tworzę w norwesce?
Jeśli tak, to zapraszamy wkrótce.
Nie będzie to długie opowiadanie. Planuję zmieścić się w 3-4 rozdziałach. Mam więc nadzieję, że pójdzie w miarę szybciutko.
Do zobaczenia :*