piątek, 25 marca 2016

1. Mój mały człowieczek.

Zmusiłaś mnie do wyboru pomiędzy miłością i skokami, Itka, a ja się nawet nie zawahałem. Rozumiesz? Nie zawahałem się ani sekundy. Byłem wściekły, tak cholernie na ciebie wściekły, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby ratować ten związek kosztem kariery.
Jak miałem żyć z kobietą, wiedząc, że była tylko drugą opcją?

***

Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłam go na skoczni. Mały, niepozorny człowieczek w za dużym kasku i śmiesznych goglach. Nie miał skrzydeł, a mimo to szybował w powietrzu. Z zadziwiająca lekkością łamiąc odwieczne prawo grawitacji, wprawiając w osłupienie i dokonując rzeczy z pozoru niemożliwych.
Mój mały bohater.
Leć... Jeszcze kawałeczek! Jeszcze odrobinkę – krzyczałam co sił, wiercąc się nerwowo na starej kanapie i zaciskając małe piąstki tak mocno, że gdyby nie mój ówczesny, wyjątkowo paskudny nawyk obgryzania paznokci, zapewne rozorałabym sobie całe dłonie. Wiem, bo w późniejszych czasach doświadczyłam tego nieraz.
Najsłodszy ból kibica, kiedy kciuki okazują się być tymi szczęśliwymi.
Wtedy takie nie były.
Nie pamiętam, które ostatecznie zajął miejsce. Trzecie? Piąte? Dwudzieste? Prawdę mówiąc, nie mam nawet bladego pojęcia, gdzie obywał się konkurs, aby móc to dzisiaj sprawdzić. Wiem tylko, że nigdy nie zapomnę tej goryczy zawodu, tych palących łez rozczarowania oraz kiełkującej gdzieś na dnie serca nienawiści wobec gościa z logiem Red Bulla na czapce. Gościa, który wygrał – nie po raz pierwszy i zdecydowanie nie ostatni – który w tamtych czas był po prostu nie do zdarcia w swoim dumnym i pewnym marszu po trzecią Kryształową Kulę w życiu. Gościa, który miał czelność okazać się lepszy od mojego ulubieńca.
Chyba byłam jeszcze zbyt młoda, aby zrozumieć, co się ze mną dzieje. Domyślić się, że właśnie trafiła we mnie moja pierwsza sportowa strzała pyzatego amorka. Pierwsza, ale najpotężniejsza ze wszystkich. Skoczne zauroczenie równie niewinne co przerażające w swym szaleństwie. Nie mogłam przecież przewidzieć, że patrzę na faceta, który kiedyś wywróci moje życie do góry nogami, zmieniając w nim dosłownie wszystko. Nie mogłam! Wyłączyłam więc telewizor, wrzuciłam na siebie ciepłą kurtkę i wyszłam na podwórko poskakać z koleżankami w gumę.
Mały człowieczek znikł z mojego życia na ładnych kilka lat.

„Oszalały flagi,
wstrzymał oddech świat.
Tłum na dole krzyczy,
że ty jesteś nasz.”

Jedno zimowe popołudnie. Cisza pustego domu i białe płatki śniegu wirujące za oknem. Włochaty koc otulający drobne ramiona i ciepła herbata grzejąca dłonie. Na szklanym ekranie niestrudzony John McClane po raz kolejny na bosaka ratował sterroryzowaną Nakatomię, ale tym razem Nowy Rok wybrał sobie zupełnie innego bohatera. Niewielkiego, drobniutkiego i nieobliczalnego chłopaka z gór, tnącego niemieckie niebo w swoim rekordowym skoku po miejsce na kartach historii zimowych sportów.
Mój mały człowieczek wrócił, a ja nie byłam już w stanie tak po prostu wyłączyć telewizora i wyjść. Zostałam więc.
Na dekorację.
Na kolejny konkurs.
Do końca sezonu.
Na kilka najwspanialszych lat mojego życia.
I nieważne, że wielu nie rozumiało mojej szalonej fascynacji tym sportem; że wraz z kolejnym 'dzisiaj nie mogę', 'może później', 'po zawodach' liczba przyjaciół, którym wciąż chciało się czekać topniała niczym góra lodowa na Saharze; że na początku tego wszystkiego mało nie puściłam rodziców z torbami, bo Internet był nowinką pracującą na modemie i kosztującą krocie za każdą minutę użytkowania, a ja najchętniej całymi godzinami przesiadywałabym na moim ukochanym forum skijumping. Nieważne, bo w końcu znalazłam swoje miejsce na ziemi.
Mój malutki, zimowy świat.
Byłam tylko ja i garstka latających wariatów z telepudła.
Ja i skoki.
Ja i on!
Wcale nie pytał, czy może skraść moje sportowe serce. Podbił je dokładnie tak, jak tamtego dnia wdarł się na podium. Szturmem! Bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, zbędnych skrupułów czy strachu wobec ówczesnych gigantów tej dyscypliny. Zagarnął je tylko dla siebie i zawłaszczył na długie lata, dokładnie tak jak pierwsze miejsce w Pucharze Świata, które od dłuższego czasu niemal niezmiennie należało do któregoś z naszych zachodnich sąsiadów. Tylko że ja, w przeciwieństwie do nich, bynajmniej nie zamierzałam się przed tym bronić. Uwielbiałam to uczucie. Te rozpalone od emocji policzki, wrzaski radości oraz łapanie się za głowę w geście niedowierzania, kiedy przekraczał kolejne granice, bił następne rekordy i tworzył najpiękniejszą historię z możliwych. Cieszyłam się każdą nieszczędzoną łzą, zarówno tą przepełnioną radosnym wzruszeniem, jak i nutką rozgoryczenia. Tak, czasem zdarzało mu się przegrać, ale nigdy nie poddawał się w walce. Lubiłam nawet te wszystkie szramki na wnętrzu dłoni, bo przecież symbolizowały te szczęśliwe kciuki.
Z radością oddałam mu swoje serce, w zamian tak naprawdę nie oczekując nic, a dostając więcej niż kiedykolwiek mogłabym sobie wymarzyć.
Co więc mogę rzec?
Byłam, jestem i zawsze będę cholernie dumna z tego, że mogłam mu kibicować, że wybrałam go sobie na bohatera. Sprawił, że największym szczęściem oraz zaszczytem było przywdziewanie biało-czerwonych barw, unoszenie polskiej flagi wysoko do góry i śpiewanie Mazurka z ręką przyłożoną do Orzełka na piersi. Przyciągnął mnie do skoków niczym magnes i już nic nigdy miało nie być takie samo, nikt równie ważny. Żaden sportowiec nie miał najmniejszego prawa, aby kiedyś go zastąpić. NIGDY! Wiedziałam, że kiedy mój mały człowieczek odejdzie ze skoków, ja już nigdy nie zacisnę kciuków równie mocno, nie przeleję więcej ani jednej szczęśliwej łzy, nie wykrzyknę z triumfem równie głośno. Moje skoki to był ON. Na zawsze.
Czy żałuję?
Na pewno nie tego, że go pokochałam. Że przeżyłam najwspanialsze dziesięć lat śledząc, a później również komentując jego zmagania na skoczniach całego świata. Nie żałuję tego ani odrobinkę. Wstyd mi jednak, że nie zauważyłam, kiedy ta miłość zamieniła się w obsesję, a zwykła sportowa walka w wojnę na śmierć i życie. Przegapiłam chwilę, kiedy wpadłam w paskudny trójkąt, z którego nie było już wyjścia. Zraniłam zbyt wielu ludzi, bo skoki zawsze musiały być najważniejsze, bo ON nie mógł mieć sobie równych. Nienawidziłam każdego, kto miał czelność wygrywać z moim małym człowieczkiem.

***

To wcale nie tak, Simi, że cię nie lubiłam. Myślę że już przed Vancuver zrodziły się we mnie jakieś uczucia, po prostu skoki jak zawsze okazały się ważniejsze.
Bo jeśli ktoś myśli, że związek ze sportowcem skazuje na wieczne bycie drugą opcją, niech spróbuje pokochać szaloną fankę.
Nie swoją!

***

„Nie da się zapomnieć
tylu pięknych chwil
nieprzytomnych wzruszeń
twoich wielkich dni.”

- Czy mi się zdaje, czy ty naprawdę trzymasz za niego kciuki? No kurde, nie wierzę! Aida Roztropek trzyma kciuki za Simona Ammanna. Świat się kończy!
Niechętnie oderwała wzrok od dużego telebimu, gdzie doskonale znany wszystkim Szwajcar gramolił się właśnie na belkę startową, i posłała swojemu towarzyszowi zaskoczone spojrzenie. Widział, jak przez ułamek sekundy się zawahała. Przecież kiedyś za takie słowa nieźle by mu się oberwało. Tyle tylko że kiedyś po prostu nie trzymała kciuków za Ammanna. Nie bywała gościem na zawodach. A już z całą pewnością za towarzystwo nie robił jej Gregor Schlierenzauer. Uśmiechnęła się więc szeroko i zacisnęła mocniej piąstki na szczęście.
Kiedyś już nie istniało!
Nie po tym, jak Simon upadł w Bischofschofen, a do niej dotarło, że przecież go nie przeprosiła i może już nigdy nie mieć okazji tego zrobić.
Nie po tym, jak Gregor ogłosił zawieszenie kariery, a ona poczuła dziwną pustkę, bo nagle zdała sobie sprawę, że chyba tylko kibicowanie przeciwko tej zakazanej, austriackiej mordzie było równie emocjonujące, co wspieranie jej małego człowieczka.
A przede wszystkim, nie po tym, jak jej bohater odwiesił narty na kołek.
Stała więc teraz pod skocznią noszącą imię tego najważniejszego w jej życiu, gorąco dopingując tego, któremu oddała swoje sportowe serducho zdecydowanie zbyt późno i zawierając bezgłośny rozejm z tym, o którym bez zająknięcia mogła powiedzieć, że nienawidziła go w skokach najmocniej ze wszystkich.
- Nieważne co się stało w Vancuver, Simon to mój przyjaciel – rzuciła, nerwowo przeskakując z nogi na nogę i czując, jak za długie paznokcie pomimo rękawiczek wbijają jej się w skórę dłoni.
- Daj spokój, Itka – roześmiał się kpiąco Austriak. - Nienawidziłaś go! Nienawidziłaś go tak samo jak mnie, Thomasa, Andersa, czy Janne. A wcześniej pewnie też Svena, Martina i Goldiego. Nienawidziłaś każdego, kto miał odwagę zagrozić Małyszowi. Jeden lepszy skok i plułaś jadem na prawo i lewo. Zerwałaś i zmieszałaś z błotem Mattiego, po tym jak wygrał w Zakopanem. Nawet twoje rozstanie ze Stephanem było ponoć jakieś dziwne i niekoniecznie przypadkowe. Nie ściemniaj więc, że Simon był wyjątkiem. Nie po tym, co odwaliłaś na Olimpiadzie. Spójrz mi w oczy i powiedz, że nie poprosiłaś go, żeby przegrał złoto.
Jej cichutkie i raczej mało przekonujące nie utonęło w morzu krzyków oraz wiwatów, bo po całkiem ładnej próbie Szwajcara, na górze rozbiegu pojawił się Peter Prevc. Licznie zgromadzeni pod skocznią w Wiśle Malince słoweńscy kibice z werwą i oddaniem wspierali swojego ulubieńca, a ona przypomniała sobie nagle po co, poza przeproszeniem Simiego, zdecydowała się przyjechać na zawody. Dlaczego po sześciu latach skrzętnego unikania latającego cyrku, drżącą dłonią wykręciła numer, którego planowała nie użyć nigdy w życiu, i nieśmiało poprosiła, aby był tu razem z nią. Nie puściła więc kciuków, bo choć zajmowana po pierwszej serii pozycja, raczej nie dawała mu większych szans na zwycięstwo, w tym sezonie Peter dokonywał rzeczy szalonych i z pozoru całkowicie niemożliwych, a ona tak bardzo nie chciała, aby odniósł swoje czternaste zwycięstwo, bijąc tym samym gregorywy rekord. Na pewno nie tu. Nie na polskiej ziemi, nie na skoczni Adama.
Przez dziesięć lat zrodziło się w niej wiele uczuć wobec Austriaka. Niechęć, pogarda, wściekłość, odraza i nienawiść. Na antenie musiała się jeszcze pilnować, ale później, kiedy już zasiadała tylko przed telewizorem, wszystkie hamulce w niej puszczały. Rodzina nieraz zamierała w osłupieniu za sprawą wulgaryzmów wydobywających się z jej ust, albo szybko uchylała przed przedmiotami szybującymi w stronę ekranu. Gdyby wzrok mógł zabijać, Gregor Schlierenzauer padłby trupem zanim jeszcze odniósł swoje pierwsze zwycięstwo. Przy czterdziestym zostałby już po nim chyba tylko ogromny lej w ziemi. Ochoczo wierzyła i zastawiała się wszystkimi spiskami o słoweńsko-austriackiej mafii, która go promowała. O Walterze Hoferze, który, jak tylko mógł, pomagał swojemu pupilkowi. To nie Gregor był wielki, to inni po prostu pomagali mu zwyciężać. Za żadne skarby świata nie chciała przyznać, że jest po prostu dobry... Świetny... Lepszy!
Aż w końcu chyba się z tym jakoś pogodziła. Oswoiła myśl, że jej mały człowieczek nie jest numerem jeden, że to ten przeklęty Aut nim jest. Wciąż go nienawidziła, wciąż była wściekła, ale stał się po prostu dawno oswojonym złem. Złem, z którym przeżyła dziesięć lat.
Uniosła lekko ręce do góry i pomachała nimi przed nosem głównego zainteresowanego.
- To co, za Prevca też trzymam kciuki? Rany, Itka, podmienili cię, czy jak?
- Za ciebie je trzymam, kretynie! Nie chcę, żeby ten burak wygrał. Nie chcę, żeby bił twoje rekordy. Nie chcę, żeby kiedykolwiek, ktokolwiek nazywał go od ciebie lepszym. Ty jesteś najlepszy. - Widziała, jak zszokowały go te słowa. Omal nie rozdziawił gęby jak kretyn ze zdziwienia. Może nie znał jej tak dobrze, jak Simon, ale na pewno zdawał sobie sprawę ile kosztowało ją pogodzenie się z tą myślą. Z uznaniem go za lepszego od Adama. - Zawrzyjmy układ. Ja opowiem ci, co stało się w Vancuver, a ty wrócisz na skocznię.
- Mała szantażystka!
*************************************


Powinnam tu chyba walnąć jakąś ciekawą przemowę, ale myślę, że to co chciałam powiedzieć, jest w tekście. Niby wymyślonym, a jednak chyba pierwszy raz się tak wywnętrzniłam. Nie było łatwo, bo chciałam, aby było idealnie. 
Trudno, jest jak jest. Mam nadzieję, że choć troszeczkę oddałam to, co chciałam powiedzieć.

8 komentarzy:

  1. Czuję się trochę, jakbym za sprawą tego opowiadania wróciła do korzeni skocznych fanficków kompletnie zapominając, że próbuję ze swoich opowiadań zrobić coś, co chociaż w maleńkim procencie przypomina poważną literaturę. Przypomniałaś, co to tak właściwie jest ten kanoniczne sporotowe opowiadanie z miłością w tle, a nawet więcej. Przekazałaś nam tak po części, jak to wyglądało w twoich czasach, bo gdy wydarzenia z pierwszego fragmentu miały miejsca ja miałam pewnie jakieś kilka marnych latek i wciąż nie mogłam ogarnąć, o których godzinach są zawody, więc wołał mnie na nie tata i denerwował się, że jego córeczka nie kibicuje Małyszowi. Z kolei w drugim fragmencie ujawnia się przed nami akcja zasadnicza, czyli czas oczekiwania, aż wyjawisz nam, co tak naprawdę się w tym Vancouver wydarzyło. Co tak właściwie się tam wydarzyło, bo ja chyba nawet nie chcę zgadywać. I tak nie trafię.

    OdpowiedzUsuń
  2. czuję, że to opowiadanie zajmie jedno z ważniejszych miejsc w moim sercu i to na długo.
    bo Adam - ten, dzięki któremu teraz kocham skoki tak bardzo, bo Simmi i jeszcze Gregor się przypałętał.
    będę, oczywiście, że będę.
    Aida, opowiadaj co działo się w tym Vancouver!

    OdpowiedzUsuń
  3. No i jestem wreszcie! Chciałoby się rzec, że jak zwykle z opóźnieniem. Widać tak już musi być :P Zobaczymy, jak to wyjdzie, bo ten komentarz powstaje już od jakiegoś czasu i może wreszcie coś z tego wyjdzie. Oby coś składnego. Bo ja tak lubię Twoje pisanie. A pod słowem lubię kryje się to, że zawsze mi jakoś cieplej na serduszku jak czytam Twoje rozdziały i sama się do siebie uśmiecham. A przecież nie zawsze jest wesoło. Ale...kurczę...no kocham to jak tworzysz kolejne światki i po prostu nie umiem inaczej tego określić. Przecież pokochałam nawet Twojego Wellingę i jeśli to nie jest największym wyznaniem pisarskiego przywiązania, to ja już nie wiem, co nim jest :P
    Ale do rzeczy. Pięknie tu ujęłaś całą istotę kibicowania. Zwłaszcza w tym pokręconym sporcie. I przywiązywania się do ukochanej rzeczywistości. W której jest idol i są ci, którzy mu przeszkadzają. I tylko oni mogą. I jaka pojawia się pustka, kiedy powoli każdy taki element się wykrusza. Czyli coś, co przez ostatnie sezony dość mocno nas dotyka. Żadne Prevce i innne Wellingery nie zastąpią zGredzia i Autowej bandy, albo poczciwych Norków. Po prostu nie. to jest naprawdę ciekawe, jak można przywiązać się nawet do wrogów. Coś jednak jest w tym powiedzeniu 'lepszy swój wróg niż obcy'. bo jednak w jakiś pokręcony sposób jest on częścią Twojego świata.
    Widzę też ile swoich emocji przelałaś na Aidę i bardzo to podziwiam, bo takie pisanie zawsze jest najtrudniejsze. Ale kto, jak nie Ty?
    Simon, Simon- Ty to masz chłopie przerąbane zazwyczaj. Jak będzie tutaj? Coś mi się widzi, że wcale nie łatwo. Wybrać pomiędzy uczuciem a pasją? Niemożliwe. Absurdalne wręcz. Jak to między nimi było? Ach, Gregor, szkodniku, rozbudziłeś tylko moją ciekawość. Co stało się w Vancuver, hę? Coś Ty Itka narozrabiała? Nawet nie będę tu snuć żadnych teorii, bo za bardzo skupiłam się podczas czytania na tych wszystkich pięknych emocjach, dobrze znanych zresztą. Więc tylko będę czekać. Nieco niecierpliwie. Jak zawsze. :)
    Komentarz na pewno nie taki, jak za dobrych blogowych czasów, ale nie mogłam tego zostawić bez mojego słowa. Nawet tak chaotycznego :P Więc pisz, pisz. Cokolwiek chcesz. Nawet Welliśka. Nawet Prevca. Pisz. :)
    buziaki! :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Aaaa...! Chwilę mi zajęło ogarnięcie kim jest "mały człowieczek", a tu proszę! Adaś!
    No, Itka (wietne jest to zdrobnienie, świetne!) ma bardzo skomlikowaną relację z różnymi skoczkami. Ale rozumiem, że Adaś był numerem jeden i każdy kto mu zagrażał był wrogiem (teeeż tak miałam kiedyś :P). Ale czasy się zmieniają to i Itka zmiękła.
    A co było w Vancuver? O tym chyba opowiesz nam w następnych rozdizałach,nie?
    Czeeekam z niecierpliwnością, bo pachnie mi to dobrą historią.
    Podrawiam, życzę weny i nieśmiało zapraszam do siebie ;)
    E_A

    OdpowiedzUsuń
  5. świetny czekam na kolejny

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak ja lubię te zagadki w twoich opowiadaniach. Może być lekko, obyczajowo, bez jakiś kryminalnych czy drastycznych wątków, a i tak jest ta nutka tajemnicy, która sprawia, że czytelniczka z góry wie, że choćby nie wiem ile wersji przewidziała to ta właściwa zaskoczy ją totalnie. A tu mamy bardzo fajne i niecodzienne połączenie. Bo zwykle opowiadania przynajmniej te dobre, skoki przedstawiają tylko w tle, jako pracę i codzienność chłopaków, a życie bohaterów i ewentualne wątki uczuciowe dzieją się jakby obok tego. Tu to kibicowanie i sportowa rywalizacja będą natomiast czymś kluczowym. I zaważą na bardzo wielu sprawach, tak sobie myślę. Bo ten pierwszy fragment, a raczej fragmencik to chyba narracja Simiego. W końcu to on był w Vancouver głównym rywalem Małysza i to on - zresztą nie tylko wtedy - odebrał mu (w sumie w dość sympatyczny sposób, choć ja tam wtedy byłam kibicem, a raczej fanką skoków zaledwie od kilku miesięcy i wyzywałam ich obu za pokonanie tej wredoty z Red-Bullem na kasku) marzenia o złocie. Tylko czy Itka (popieram, że fajne zdrobnienie) była aż tak zapalona, żeby za odebranie zwycięstwa jej rodakowi, żądać od faceta, z którym chyba coś ją połączyło, zerwania ze skokami, stanowiącymi przecież sedno jego życia? A może tego nie można czytać tak dosłownie, albo on nie zrozumiał wszystkiego i myślał, że chodziło jej tylko o sportową rywalizację? Bo samo to ‘jak żyć z kobietą, gdy stanowi tylko drugą opcję’ da się zrozumieć na wiele sposobów. A to, który jest poprawny chyba stanowi klucz do całej historii, przecież sam adres bloga na to wskazuje. Gdyby to była kontynuacja poprzedniego zdania to po prostu Aida byłaby opcją numer dwa, a tą pierwszą i w ostateczności wybraną przez niego stanowiłby sport. Zresztą to by nie dziwiło. Ale... Równie dobrze te dwa zdania mogą stać w opozycji. W sumie skłania mnie do tej opcji to, że na zdjęciu w spisie bohaterów Simi siedzi ze swoją realną żoną na kolanach. Raczej nie przez przypadek, więc ona też będzie tu występować. Więc może to Polka była tą nadrzędną opcją, a stawiając mu brutalne ultimatum ‘ten medal albo ja’, wepchnęła go w ręce innej kobiety, która mogła stanowić tylko zastępstwo i z którą nie mógł być aż tak szczęśliwy. Ewentualnie oni w ogóle mogli ze sobą nie być na serio, tylko przeżyć w Vancouver jakąś krótką fascynację i przygodę. Znany skoczek i fanka jego wielkiego rywala, możliwe. Choć widząc, że stworzyłaś kolejną charakterną kobietę, myślę że przy jej uporze i wręcz nienawiści do każdego rywala Małysza, tu musiał zadziałać jakiś mocniejszy impuls niż po prostu chwila. Chyba, że akurat to jest oczywiste, a haczyk – który jak pisałam musi mieć każda twoja historia – czai się z zupełnie innej strony.
    Dobra, wrócę jeszcze za chwilkę do tego mojego gdybania, ale na chwilę muszę przerwać, żeby coś o tej części wspomnień sprzed telewizora i z trybun powiedzieć, bo świetnie Ci to wyszło i myślę, że wzruszyło choć troszkę każdą z nas. To, że po prostu pewnego dnia, będąc jeszcze dzieckiem przylazło się przed ekran i zostało. Na konkurs, na dekorację, na weekend, na sezon... I tak się dziwnie złożyło, że na zawsze. Bo pokochał się jakiegoś skaczącego chudzielca czy tam kilku chudzielców całym sercem. Pięknie to napisałaś, powtórzę się raz jeszcze. Tak bardzo uniwersalnie, choć pewnie prawie dla każdej z nas ten chudzielec był kimś innym. Plus jeszcze to przeplecenie skoków z grą z koleżankami w gumę. Lubię gdy w opowiadaniach tak uroczo przeplata się nagle dzieciństwo.
    Ale wróćmy. Bo mamy jakiś trójkąt. Na początku byłam przekonana, że po prostu – Aida, Simek i obsesyjna, platoniczna miłość do Małysza. Ale potem po przejściu do fragmentu z Gregorem to się przestało wydawać takim pewnikiem. Bo okazuje się, że tajemnicza sytuacja z Vancouver to nie był początek jej łamania skakajcowych serc i że do tego 2010 roku, wcale nie była tylko fanką wiernie stojącą na trybunach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wręcz przeciwnie namieszała już wcześniej i to sporo wcześniej, skoro Schlieri wymienia nazwiska starej generacji i to nie tej ‘mojej starej’, tylko takiej, której za bardzo nawet nie kojarzę. I jeszcze ‘przed Vancouver zrodziły się już we mnie jakieś uczucia. Czyżby ona zwyczajnie kpiła sobie z rywali ukochanego, małego człowieczka, jednego po drugim uwodzić ich i zostawiając na lodzie? A oni łapali się na to, chcąc się przekonać, iż będą lepsi od swoich ośmieszonych poprzedników? Aż tu nagle zjawił się Simon i dziewczyna na serio – czego nawet nie planowała – zaczęła coś czuć. I to ona musiała zadecydować co jest pierwszym, a co kolejnym wyborem.
      I jeszcze Gregor. Twoje bohaterki mają dwie wspólne cechy, które tak bardzo je wyróżniają – są twarde i uparte, oraz (no pomijając Vilmę, której plecy Wellisia ubrudzone lodami , przysłoniły rzeczywistość) nienawidzą go. Ale Itka chyba dorosła. I oswajając swoje największe zło stojąc z nim pod skocznią, chce oswoić też inne, te mniejsze, ale takie, na których bardzo jej zależy. Choć może na nic już nie liczy? Może faktycznie potrzebuje po prostu przeprosić Simona za to coś, co go przez nią spotkało? Tylko... Tylko jest jeszcze drugi powód jej przyjazdu do Wisły, którego chyba nie sposób tak sobie odgadnąć I może to przez niego, a nie sytuację ze Szwajcarem zniknęła ze skoczny go światka, tak bardzo, że spadła do roli gościa.
      I ostatnie pytanie kim jest tajemniczy ktoś z Red-Bullem. Czy to szantażowanym upartym Autem❤, który sam w sobie nie uczestniczył w zdarzeniach? A w takim razie akcja z 2010 zostanie przedstawiona jako jej opowieść i jego złośliwe docinki? Czy też Małyszem-cieniem, który występował będzie znacznie bardziej jako wyobrażenie determinujące życie bohaterki, niż jako postać mająca realny i osobisty wpływ na przebieg akcji? A może to jeszcze kto inny? W końcu był na samym początku jakiś pierwszy znienawidzony z charakterystycznym kąskiem, którego niestety nie potrafię namierzyć. Patrząc na twoją miłość do pisania o najstarszej gwardii to też jest możliwe.
      No, przymykam się już bo nie planowałam tyle tu bredzić i czekam niecierpliwie na ciąg dalszy. Buziaki i dużo weny;*

      Usuń
  7. Okej, oczywistym jest, że takiej przemowy jak Stella nie walnę - i nawet nie będę próbować. Znam swoje możliwości xd
    Aia, kurde, pisz to! Słuchaj Fransa i pisz!
    Bo ja chcę to przeczytać. Pewnie z tragicznym opóźnieniem, jak to ostatnio (jakieś półłtora roku, fajne 'ostatnio') mam w zwyczaju, ale w końcu przecież będę się pojawiać z jakimś żałosnym komentarzem :D
    Tak, ciekawa jestem tego, co wydarzyło się w Vancouver.
    Platoniczna miłość pięciolatki :D No która z nas tego nie przeżywała? Ale reszta tej historii to już podejrzewam, że nie jest tak klasyczna. I proszę się nią z nami podzielić!
    buziak :*

    OdpowiedzUsuń