środa, 18 maja 2016

2. Vancouver cz.1

Z dedykacją dla Stelli

Adam Małysz prowadzi!!! Dwieście sześćdziesiąt dziewięć i pół... Półtora punktu! Ależ fantastyczne, ależ fantastyczne. Aż nam Itka zaniemówiła. Żebyście ją państwo mogli teraz zobaczyć! Istna kulka szczęścia... Jest medal! Proszę państwa, jest medal!Teraz kto... Kto?... Uhrmann? Czy wytrzyma Uhrmann?
[W. Szaranowicz & inwencja twórcza; 13.02.2010 Vancouver-Whistler]

Michael ruszył, pozostawiając Simona na szczycie rozbiegu zupełnie samego.
Osiem lat i prawie dwa tysiące kilometrów różnicy, a on znalazł się dokładnie w tym samym miejscu co wówczas. Ostatni zawodnik finałowej rundy konkursu olimpijskiego na skoczni normalnej. Jego kropka nad i w boju o pierwsze kanadyjskie Złoto. O trzeci najcenniejszy medal Igrzysk w jego kolekcji. Amerykańskie obiekty chyba przynosiły mu szczęście.
Wsunął się na belkę, myśląc o Janie. O SWOJEJ Janie. Zawsze, wręcz obsesyjnie, starał się oddzielać życie prywatne od sportowej kariery. Owszem, miło było wiedzieć, że tam na dole stoi ktoś – ten najważniejszy ktoś na świecie – kto niemal wyłamuje sobie palce, ściskając kciuki za twoje szczęście. Ta wyjątkowa osoba, która wspiera cię całym sercem i w ramionach której będziesz mógł świętować sukces albo opłakiwać porażkę. Miło... Ale na jego starty nie miało to żadnego wpływu. To była sprawa pomiędzy nim a skocznią. Nim a powietrzem. Nim a jego formą. Miłość do Jany nie miała z tym nic wspólnego.
Dlaczego więc tym razem chciał, aby było inaczej? Co małe, pluszowe pudełeczko w kształcie serca robiło na dnie jego walizki właśnie tutaj, w Whistler, a nie schowane gdzieś w mieszkaniu w Szwajcarii? Czemu postanowił oświadczyć się jej akurat podczas najważniejszej imprezy sezonu, splatając ze sobą dwa szczęścia oraz dwa światy, które dotąd tak uparcie od siebie oddzielał?
Nigdy nie odpowiedział sobie na te pytania.
Odepchnął się mocno i pomknął w dół, stoczyć swoją najukochańszą z walk.
Skoki zawsze były numerem jeden.

Mocno wyszedł z progu... I jest Mistrzem Olimpijskim. Brawo! Simi jest wielki. Adam jest wielki! Schlierenzauer jest wielki. Wielka trójka na podium...
[W. Szaranowicz; 13.02.2010 Vancouver-Whistler]

Igrzyska Olimpijskie. Ameryka Północna. Najwyższy stopień na pudle. I jego ulubiony facet z wąsem zaledwie o kroczek niżej. Jakby ktoś cofnął czas, a on znów był tym szalonym, nieprzewidywalnym dwudziestolatkiem, który zrobił psikusa całemu skocznemu światu i zagarnął całe show dla siebie. Nieważne, że tym razem jego zwycięstwo nie było już żadną sensacją, że przecież przyjechał do Kanady jako lider Pucharu Świata oraz główny kandydat do medali. Po wszystkim i tak czuł dokładnie to samo, co w Park City. Szok i niedowierzanie.
Naprawdę mu się udało? Dał radę pokonać Adama i Gregora? Zdobył trzecie indywidualne Złoto Igrzysk Olimpijskich?
Nie docierało to do niego! Nie docierało nawet wtedy, gdy na monitorze wyświetliła się ta, tak upragniona JEDYNKA, a oszalały z radości Küttel wleciał na zeskok i zaczął ściskać go tak mocno, że omal nie pogruchotał mu kości. Ani kiedy wpadł w ramiona szczęśliwej Jany, która szepcząc gratulacje, składała na jego ustach słodkie pocałunki. Nie dotarło nawet wówczas, gdy odruchowo szczerząc swoje wielkie zęby, wskoczył na podium i w triumfalnym geście uniósł narty w górę.
Może to tylko piękny sen, z którego lada moment miał się wybudzić?
Nie! On wygrał naprawdę!
Zrozumiał to tuż przed konferencją. Zrozumiał, zerkając w te błękitne oczy po brzegi wypełnione pogardą i nienawiścią. Jej jedno, wściekle lodowate spojrzenie uświadomiło mu to znacznie lepiej aniżeli tysiące słów pochwał i gratulacji. Pokonał Małysza, a ona miała ochotę po prostu go za to zabić.
- Itka – mruknął odruchowo, choć doskonale wiedział, że w ten sposób jedynie daje jej szansę na mocniejszy i bardziej bolesny policzek.
- Wal się, Ammann – prychnęła, rzucając w niego trzymanymi w dłoni kwiatkami z dekoracji i odwracając się na pięcie. - Sukinsyn – syknęła jeszcze pod nosem w nieznanym mu języku i po prostu odeszła.
Jak wielkim był idiotą, wierząc, że ich przyjaźń coś dla niej znaczy? Że może okazać się ważniejsza od sportu? Naiwny kretyn! Przecież doskonale wiedział, jak paskudnie rozstała się z Mattim, po jego kilku spektakularnych zwycięstwach. Jak żarła się z Andersem, kiedy toczył z Polakiem walkę o Kryształową Kulę. Nie wspominając już o tym, jak latami traktowała Thomasa i Gregora. Aida była w stanie wybaczyć wiele, ale na pewno nie próbę bycia lepszym od jej ulubieńca. Czemu więc z nim miałoby być inaczej? Niby z jakiej okazji on miałby okazać się jakimś cholernym wyjątkiem?
Bo mi obiecałaś! Obiecałaś, cholero jedna. Pamiętasz? Tamtej nocy, kiedy zrozumiałaś, że Stephan naprawdę z tobą zerwał. Że to nie była tylko kolejna wielka kłótnia, po której kiedyś się pogodzicie. Że tym razem po prostu przegięłaś. Twoja obsesja na punkcie Adama w końcu was zniszczyła.
Naszej przyjaźni miało to nigdy nie spotkać. Miała być nie do zdarcia.
Siedem lat!
Wytrwali niesamowite siedem lat. Pełne wzlotów i upadków, śmiechu i płaczu, szczęścia i rozczarowań. Jej wsparcie nieraz pomagało mu wziąć się w garść i zacząć walczyć, a rozzłoszczona minka najlepiej ze wszystkiego uświadamiała, że znów mu się udało. Kilka razy zdarzyło mu się nawet bezpośrednio pokonać Małysza. Dąsała się wtedy, gderała zawzięcie pod nosem, ale nie przekreśliła tej znajomości, nie odwróciła się od niego. Nigdy! Nawet po Sapporo, gdzie zgarnął złoty medal Mistrzostw Świata. Medal, który przed konkursem wszyscy zgodnie wieszali na szyi jej rodaka. Poboczyła się wtedy na niego przez kilka dni, aż przyszedł konkurs na normalnym obiekcie, wielkie show z nowym rekordem i zdecydowaną wygraną jej ukochanego Orzełka z Wisły. Pstryk... znów się lubili.
Czyli co? Teraz też miał na to liczyć? Miał przegrać z Adamem, żeby ją odzyskać?
Sport albo przyjaźń!
***

Roześmiała się, wyrzucając ręce wysoko nad głowę i obracając wokół własnej osi. Kusa, plisowana spódniczka falowała wokół jej ud, usta z lekkim opóźnieniem wtórowały słowom lecącej piosenki, a oczy lśniły radośnie. Ze szczęścia i za sprawą alkoholu, którego z całą pewnością nie szczędzili sobie tej nocy.
Do diabła, smażyłby się w piekle za kłamstwo, gdyby stwierdził, że nie wyglądała w tym momencie najpiękniej na świecie!
Wiedział, że to co robi jest głupotą i totalnym szaleństwem, a jednak nie zawahał się ani chwili, gdy przeczytał od niej wiadomość. Może to przez fakt, że od tygodnia nie tylko się do niego nie odzywała, ale wręcz traktowała jak wielkie, zgniłe jajo. A może był po prostu tak pewny siebie przed nadchodzącymi zmaganiami na dużej skoczni, że wiedział, iż to ich ostatnia wspólna noc. Za kilka godzin planował zdobyć kolejny złoty medal i stracić ją bezpowrotnie. Nie myślał więc o konsekwencjach, po prostu chciał spędzić z nią te ostatnie wspólne chwile.
Wariat z ciebie, ale spoko, będę Cię krył’ – rzucił mu Andreas tuż przed wyjściem, a on nagle poczuł się jak szuja, bo przecież Küttel musiał myśleć, że wymyka się do Jany. Do swojej ukochanej, z którą planował spędzić resztę życia. Do kobiety, której zaledwie pół godziny wcześniej napisał, że kładzie się spać, bo musi wypocząć przed zawodami. Nie zatrzymało go to jednak w pokoju, nie powstrzymało przed popełnieniem największego błędu w życiu.
Północ minęła już dawno, a on wciąż szalał na parkiecie z Itką. Otumaniony czarującą wonią jej perfum, kuszony zmysłowymi ruchami bioder i szelmowskim uśmieszkiem. A najgorsze było to, że choć doskonale zdawał sobie sprawę z jej wrednej gierki, czuł się względem niej całkowicie bezbronny. Albo po prostu nie chciał się bronić? Kochał Janę. Cholera, przecież był tego pewien jak niczego innego na świecie. Tylko że zanim ta wspaniała Rosjanka pojawiła się w jego życiu, przez wiele lat czuł coś do Aidy. Od głupiutkiego zauroczenia partnerką jednego z jego skocznych rywali w Park City po strach, że dwoma słowami zrujnuje ich przyjaźń.
Skoro teraz i tak miała legnąć w gruzach…
- Cześć mój mistrzu – zachichotała, wtulając się w niego niczym mały kociak. No tak, w swoim przebiegłym planie nie uwzględniła chyba tego jednego, malutkiego szczególiku. On latami łączył zakrapiane imprezy ze skakaniem, a ona miała wyjątkowo beznadziejną głowę. Jeśli więc planowała wykończyć go alkoholem, troszeczkę się przeliczyła. – Znęcasz się nade mną draniu! Tak nie można…
- Ten sport to moje życie, nie rozumiesz? Nie mogę… - urwał, czując na ustach delikatne muśnięcie jej warg. Przemknęło mu przez myśl, że smakuje jak kokosowy drink, który tak lubiła, po czym po prostu przyciągnął ją do siebie i pocałował znacznie odważniej.
- Czemu mi to robisz, do licha? Czemu? – prychnęła, kiedy odsunęli się w końcu od siebie. Wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać, a on w tym momencie był chyba gotów nawet obiecać jej, że już nigdy, przenigdy nie pokona Adama. – Jestem dość dobra, żeby się ze mną pobawić, wyjść na piwo, potańczyć, ale już nie dość dobra, żeby mnie kochać? Mam dość, Simon! Dość ciągłej wojny z Janą o ciebie. Dość udawania, że nie boli mnie słuchanie, jak planujesz się jej oświadczyć, jak za nią szalejesz. Nie mam już siły być tą drugą. TYLKO przyjaciółką. Przykro mi.
Stał jak skamieniały, kiedy wyrywała dłoń z jego uścisku, ocierała łzę, odwracała się na piecie i znikała w tłumie bawiących się wokoło ludzi.
*********************

Nie będzie komentarza do tego powyżej, bo jestem zbyt wstawiona.
Mam tylko nadzieję, że nie zraziło Was oczekiwanie prawie 2 miesiące na ten rozdział i jest jeszcze ktoś, kto ma ochotę czytać te masakrę.

5 komentarzy:

  1. Nareszcie dwójeczka❤ Cieszę się bardzo i dziękuję za wymienienie mnie tam z tyłu w muzycznym towarzystwie, choć nie uważam, żeby mój spóźniony o około dwa miesiące komentarz, był jakiś wielce pomocny. A ‘If i were sorry’ faktycznie dobrze by opisywało twoją Itkę. Nawet bardzo dobrze. Ale nie będę wchodzić na nie swój grunt i uwagi co do tego utworu (i spraw z nim związanych) pozostawię na wyłączność Asikowi;p No, a tymczasem zajmę się sprawami, na których bardziej się znam. Jak zacytowałaś Szaranowicza to mi to wszystko po raz kolejny (może też dlatego, że co jakiś czas to Vancouver sobie odświeżam) stanęło przed oczami. Ten krzyk mówiący, jak oni wszyscy są wielcy, a jednocześnie nutka zawodu w głosie, gdy kamera pokazuje uśmiechniętego, szablozębnego Simiego, w tych okularkach. (I Gregor przyrównujący medal olimpijski do różnych rodzajów czekoladek, choć to niekoniecznie uwaga na temat – znowu). W każdym razie ja się pytam jakim cudem minęło już ponad sześć lat. Czas sportowy mija zdecydowanie wolniej niż ten prawdziwy. Zastanowiło mnie natomiast (TERAZ JUŻ BĘDZIE TYLKO NA TEMAT;P), że wplotłaś w rzeczywisty komentarz do konkursu, fragment o Aidzie. W ważnych momentach rzadko się pokazuje przypadkowych fanów. Co potwierdzałoby tylko tezę mówiącą, iż jej romanse z rywalami Małysza, może i były krótkie czy tam nietrwałe, ale z pewnością nie ciche i dyskretne, skoro wszyscy poznawali ją z miejsca. No, chyba że ewentualnie ona wkręciła się w jakąś pracę związaną ze skokami, bo nie widziałam żadnej informacji czym się zajmuje – i to z tego, a nie z planów kompromitowania zagranicznych gwiazd wynika jest pozycja w skocznym światku. A to kompromitowanie dzieje się – przynajmniej oficjalnie, bo z pewnością nie dla niej – tak całkiem przy okazji.
    Simi. Jak widać – przynajmniej w tym pierwszym fragmencie - inny, niż jego wersje, które przedstawiałaś w swoich starych historiach, a już szczególnie w przypadku Asi. Odpowiedzialny, mający wszystko poukładane. Oddzielający szczelną granicą dwie najważniejsze przestrzenie życia. A jednocześnie bardzo zakochany i... W zupełności pewny swoich uczuć. Choć nierozumiejący po co zabrał pierścionek na igrzyska. Hmm, czy naprawdę bez powodu? A może raczej z winy szalonej Polki mógł bać się o tą swoją idealną wierność i dlatego zapragnął ją potwierdzić tak bardzo oficjalnie i praktycznie na oczach narciarskiego świata? Nie ma w sumie po co szukać przez tą jego decyzję dziury w całym, no ale zastanowić się można. W każdym razie tak jeszcze co do tego fragmentu to wróciło mi przy nim to ‘była tylko drugą opcją’ z pierwszego rozdziału. Skoro umiał to tak wszystko godzić to czy miałoby sens nazywać kobietę drugą opcją? Przecież skoki owszem były najważniejsze, ale jedno i drugie, co sam potwierdzał mogło istnieć równolegle i wcale się nie wykluczało. No chyba, że kobieta to miała by być Aida, ale nie widać tutaj żeby on czuł do niej – pomijając tą niewinną, młodzieńczą słabość - coś więcej, a co dopiero żeby czuł coś, co mogłoby go zmusić choćby do rozważenia możliwości rezygnacji ze złota. Więc ta teoria się mi trochę kupy nie trzyma. Z drugiej strony jego miłość do Jany wydaje się tak stabilna, że i tu termin ‘ta druga’ trzeba by postawić pod sporym znakiem zapytania. Jeśli już miałaby to być prawda, to Aida musiałby mu zaserwować nagłe i niespodziewane pranie mózgu. I to w króciutkim czasie, bo on przecież drużyny w Kanadzie nie miał (nie wiem czemu mi się właśnie przypomniało, jak się śmiałam, że go zatrzymali za przekroczenie prędkości) i na dużej plus zapewne świętowaniu drugiego złota, jego pobyt na igrzyskach się zakończył. Także tą kwestię muszę pozostawić otwartą.
    Więc przechodzę do kolejnego kawałka i muszę stwierdzić, że zupełnie nie trafiłam gdybając sobie na temat relacji Simiego i Polki. Nie wpadli na siebie w Vancouver, to nie był nagły, gwałtowny romans tylko siedmioletnia przyjaźń. Kto wie, może w ogóle nie doszło między nimi do czegoś więcej? Tak czy siak nie ma mowy o powierzchownych relacjach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On znał ją na wylot i w przeciwieństwie do większości skakajców, wiedział wszystko o jej obsesji i nigdy nie dawał się zwieść, skoro jej lodowate, wściekłe spojrzenie było lepszym dowodem zwycięstwa, niż oklaski tłumów i pocałunki Jany. Plus wierzył w siłę ich przyjaźni. W to, że tak jak on oddziela życie prywatne od sukcesów, tak ona oddzieli ją od małyszowej obsesji. I co więcej to się nawet udawało, bo przecież nie pierwszy raz pokrzyżował wtedy plany ‘małego człowieczka’... Więc był kimś więcej niż reszta. Może i do czasu, ale jednak. Na boku, nie umiem ciągle zidentyfikować tego jej Stephana, choć mi to się kojarzy z kilkoma byłymi skoczkami, ale to wyraźnie była jakaś wielka i długa miłość, skoro nie grała silnej tylko musiała wypłakać rozstanie w simonowych ramionach. I zrozumiała, że przegięła, zupełnie tak samo jak gdy po latach przyjechała z Gregiem do Wisły. Ale widać zrozumiała niewystarczająco mocno, jeśli doszło do wszystkiego, o czym ciągle do końca nie wiemy. Albo ta obsesja była w stanie zwalczyć dosłownie wszystko.
      I na koniec to ‘ostatnie szaleństwo’. Jak o nim czytam tak dokładnie, to jednak może powinnam odwołać stwierdzenie, że to była tylko przyjaźń? Chyba, że Simek ma podwójnie mocną głowę, nie poleci za nią, wróci do hotelu i nic się nie wydarzy. Ale coś się musi wydarzyć. Bo przecież to Vancouver ewidentnie jest owiane jakąś ogromną tajemnicą. Zakrapiana alkoholem noc na parkiecie, po której i tak zdobywa się złoty medal, nie zasługuje sama w sobie na tytuł ‘największego błędu życia’. No ale Simon jest akurat łatwiejszy do analizy. Męczy się, ale nie chce zniszczyć swoich priorytetów. Problemem jest dla mnie ona. Właściwie nie umiem ocenić, czy pod wpływem wypitych drinków serio się otworzyła i ma dość roli tej drugiej, tej przyjaciółki, która musi się zadowolić resztkami jego czasu i uwagi. A może to tylko gra upartej fanki, która liczy na to, że przechytrzy Szwajcara, a w efekcie osiągnie swój cel. W końcu sama przyznała, że była w stanie zrobić dosłownie wszystko, aby widzieć swojego rodaka na najwyższym stopniu podium. Słowo ‘wszystko’ zobowiązuje...
      No. Czyli wychodzi( jak zazwyczaj) na to, że nic nie wiem. Ale z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. Buziaki:*

      Usuń
  2. Jak mi się fajnie zrobiło, kiedy zobaczyłam, że dodałaś nowy rozdział. :) Mimo, że jakoś ten blogowy światek jest mi ostatnio baaaaardzo daleki, chyba bardziej niż kiedykolwiek, to od razu uśmiechnęłam się sama do siebie, po zobaczeniu, że jest 2. :) Bo w końcu trzeba sobie zostawić w życiu tę całkiem przyjemną odskocznię. I choćby tylko połowicznie sobie w nią uciekać. A czytając u Ciebie zawsze mi się to udaje. No nic, nie wiem, jak to robisz, ale prze to opowiadanie ( które przecież ma dopiero 2 rozdziały) wygrzebałaś ze mnie wszystkie kibicowskie wspomnienia. to w sumie całkiem miłe uczucie.
    Jaki ten Simi wydaje się tutaj ułożony na początku. Są skoki i jest to normalne, prywatne życie. Chciałoby się rzec, że to postępowanie godne dorosłego, odpowiedzialnego faceta. Gotowego na wiążące decyzje, wydającego się wiedzieć, co jest priorytetem. Tylko jak to czasem bywa- to tylko z pozory jest takie proste. Rzadko kiedy taki podział udaje się utrzymać. Prędzej czy później coś z jednego światka przeniknie do drugiego, wprowadzając coraz więcej chaosu. I Simon też zdaje się to dostrzegać. Jana w Vancouver, oświadczyny w tym osobnym, skocznym światku. Jakby granica przestała istnieć, a on nie wie, dlaczego. Albo wie, tylko boi się sam przyznać sam przed sobą, że być może zrobił to dla przekory. Dla czystej, zwykłej, parszywej przekory, którą czasami faceci wprost uwielbiają. Jakby chciał dać do zrozumienia Aidzie, że 'Hej, popatrz! Ja mam Janę i wcale nie potrzebuję wybierać Ciebie zamiast skoków!". A przecież znał ją doskonale. Kilka lat przyjaźni robi swoje. Wiedział, jak zareaguje po jego wygranej, znał cały proces jego pogodzenia się z tym. Ale w którymś momencie coś nie zaskoczyło. Przyjaźń, albo wygrana? Dla kogoś spragnionego sukcesu, ambitnego i kochającego to, co robi- ultimatum właściwie skazane tylko na jedną decyzję.
    Itki nie umiem do końca jeszcze zrozumieć. Ile w tym wszystkim było rzeczywistego bólu i niespełnionego uczucia? A ile chęci pokonania Simiego w noc poprzedzającą konkurs, by nie wygrał z jej Orzełkiem z Wisły? Nie chciała być przyjaciółką. Chciała być więc kimś więcej? I dalej tkwić w dziwnym, kibicowsko-miłosnym układzie?
    I co się tam dalej stało? Bo coś stać się jeszcze musiało. Nie wierzę, że tak po prostu Simi wrócił do hotelu, potem wygrał złoto i koniec. Vancouver skrywa jeszcze jakąś tajemnicę, w ogóle jest owiane tajemnicami.
    Ech, piękny tu się klimat zrobił i wynagrodził nam czekanie. Przepraszam tylko za ten dość marny komentarz, ale nie nadaję się już do tego, a nie chciałam zostawić nowego rozdziału bez znaku swojej obecności. Bo jestem zawsze. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Eee, tam! 2 miesiące to jeszcze żadne oczekiwanie :P.
    Trochę zaplątany ten rozdział, albo ja nie powinnam go czytać na telefonie, w upale, pod słońce, martwiąc się anatomią. Więc teraz go sobie jeszcze raz przeczytam powolutku, żeby ten komentarz miał ręce i nogi.
    Ten komentarz na początku jest cudny! <3
    Tak samo jak przemyślenia Ammanna co do odzielania skoków od życia prywatnego. Skoki są u niego zawsze numerem jeden, nawet ponad Janą, nawet ponad przyjaźnią z Itką...?Tu na końcu znak zpaytania, bo po pierwsze, czy na pewno ważniejsze, a po drugie, czy przyjaźń to dobre określenie...?
    Itka zdaje się, ma na punkcie "małego faceta z wąsem" nielada obsesję. Bo z jego powodu rozwaliła kilka swoich związków (notabene ma dzieczyna wzięcie wśród tych skoczków, skubana) i znajomości. Znajomość z Simim była wyjątkiem, bo mimo jego licznych zwycięstw przetrwała. Aż do teraz. Bo tego złota Itka mu raczej nie wybaczy, zwłaszcza,że zaraz pewnikiem dorzuci i drugie.
    (w sumie nie wiem czy ją lubię, nie podoba mi się jak ze wszytskimi pogrywa :/).
    Oj, nieładnie Simi tak się na imprezę bez błogosławieństwa trenera wymykać. Nieładnie też tak sobie Itkę całować. Coś jeszcze do niej czuje, prawda? A co zabawniejsze Itka też, i czuje się "tą drugą". Oj, będzie z tego galimatias czuję to w kościach.
    Nie pozostaje mi nic innego jak czekać na więcej, bo robi się coraz ciekawiej.
    Ja po cichu zapraszam do siebie na ostatnią część Hayboecka i weeeny życzę w ilości hurotwej!
    Najlepszego, E_A

    OdpowiedzUsuń
  4. Chyba nie jestem w stanie zrozumieć Aidy. Jej postępowania, bo ta ciągła chęć, żeby tylko i wyłącznie Adam wygrywał stała się najprawdziwszą obsesją. Wiele z nas pewnie tak ma, ale nie do tego stopnia. Najlepsze jest to, że ona nie zdaje sobie sprawy, że przez to wszystko rujnuje swoje życie, przyjaźnie itp. I pewnie zrozumie, gdy będzie za późno.

    OdpowiedzUsuń